poniedziałek, 30 kwietnia 2012

kiedyś znów świat będzie mówić jednym językiem

Notorycznie mówię miłym, zabawnym osobom "zrobiłaś mi dzień". Polski internet przygarnął słowo "epicki" jako kolejny synonim do "fajny", podejmuje też dramatyczne w skutkach próby tłumaczenia podpisów pod obrazkami - ostatnio widziałam mniej więcej taki: "depresyjny króliczek zrobi ci coś-tam-coś, będąc niezmiernie uroczym." Język nam się ślicznie rozwija, po pierwsze - przez żarty, po drugie - przez zapożyczenia. Idiomów, słów, składni.

W chwilach rozmarzenia myślę sobie, że na dłuższą metę mogłoby to doprowadzić ludzkość do stanu sprzed wieży Babel, bo coraz bardziej transparentne te nasze języki. Tylko czasem tematy leksemów zostają, ale to też nie zawsze, bo coraz częściej zamiast "przezroczyste" mówimy "transparentne". Zdecydowanie: niby dbamy o to nasze narodowe dobro komunikacyjne, ale z drugiej strony, powolutku dryfujemy w kierunku Ursprache, pierwotnego języka. Albo raczej: Endsprache. Niestety dzieje się to głównie w kierunku 'angielski -> języki świata', ale przecież nie tylko. Angielski też już teraz jest amalgamatem słówek z przeróżnych języków. A w Gossip Girl nowojorczycy jedzą pierogis.

Z jednej strony wzdragam się na myśl, że cały świat mógłby mówić jednym językiem. Chyba każdy związany z filologią człowiek by się wzdrygnął, w końcu jego profesja w dużej mierze przestałaby istnieć. Z drugiej strony - w Biblii jasno było powiedziane. Wtedy ludzie byli potężniejsi! ; )


wtorek, 24 kwietnia 2012

uwielbiam Michała Rusinka

A jakże by inaczej. Uwielbiam człowieka, który prywatną idiosynkrazją niechcący (?) rozpętał burzę na całą Polskę. Bardzo słusznie! Bo to nie jest idiosynkrazja jednego człowieka, o czym społeczeństwo najwyraźniej nie wiedziało.

Na jednych z pierwszych zajęć na studiach wysłuchałam całej mowy, w której wykładowca przekonywał dokładnie do tego, co teraz głosi Rusinek. Że "witać" to można gościa na swoim terenie, i to poufale, a teren uniwersytecki ani do studentów nie należy, ani nie sprzyja nadmiernemu spoufalaniu się. Mowa swój wpływ wywarła, od tej pory w mailach do wykładowców "witam" unikam jak ognia. Po części dlatego, że zgadzam się z argumentami przeciw (i sama zaczęłam się na "witam" krzywić), po części, ponieważ wiem już, że istnieje grupa osób, które ten zwrot razi.

Skoro ich razi, a mnie jest wszystko jedno, to czemu mam im robić w poprzek w korespondencji, która ma być uprzejma, układna i pełna szacunku?

Gdy "Szanowny Panie" brzmi za poważnie, piszę zwyczajne "Dzień dobry", na nic lepszego wpaść mi się dotąd nie udało.

Przecież nikomu nie odbierzemy prawa do prywatnych idiosynkrazji (zwłaszcza, jeśli te idiosynkrazje dzieli dość pokaźna grupa). Czepianie się człowieka za to, że chce zapobiec nadużywaniu danego zwrotu, jest dla mnie przygnębiające, ale niech tam! Nawet gdybym czytała jego wypowiedzi ze zgrozą i obrzydzeniem, musiałabym przyznać, że wartość mają. Edukacyjną. Od tej pory, jeśli ktoś to cholerne "witam" wpisze w pierwszą linijkę, to już z pełną świadomością. Czemu społeczeństwo tak zawzięcie protestuje przeciwko byciu edukowanym, na co się ewentualnie naraża, pisząc tak, a nie inaczej?

tekst, o który chodzi