Na jednych z pierwszych zajęć na studiach wysłuchałam całej mowy, w której wykładowca przekonywał dokładnie do tego, co teraz głosi Rusinek. Że "witać" to można gościa na swoim terenie, i to poufale, a teren uniwersytecki ani do studentów nie należy, ani nie sprzyja nadmiernemu spoufalaniu się. Mowa swój wpływ wywarła, od tej pory w mailach do wykładowców "witam" unikam jak ognia. Po części dlatego, że zgadzam się z argumentami przeciw (i sama zaczęłam się na "witam" krzywić), po części, ponieważ wiem już, że istnieje grupa osób, które ten zwrot razi.
Skoro ich razi, a mnie jest wszystko jedno, to czemu mam im robić w poprzek w korespondencji, która ma być uprzejma, układna i pełna szacunku?
Gdy "Szanowny Panie" brzmi za poważnie, piszę zwyczajne "Dzień dobry", na nic lepszego wpaść mi się dotąd nie udało.
Przecież nikomu nie odbierzemy prawa do prywatnych idiosynkrazji (zwłaszcza, jeśli te idiosynkrazje dzieli dość pokaźna grupa). Czepianie się człowieka za to, że chce zapobiec nadużywaniu danego zwrotu, jest dla mnie przygnębiające, ale niech tam! Nawet gdybym czytała jego wypowiedzi ze zgrozą i obrzydzeniem, musiałabym przyznać, że wartość mają. Edukacyjną. Od tej pory, jeśli ktoś to cholerne "witam" wpisze w pierwszą linijkę, to już z pełną świadomością. Czemu społeczeństwo tak zawzięcie protestuje przeciwko byciu edukowanym, na co się ewentualnie naraża, pisząc tak, a nie inaczej?
tekst, o który chodzi
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz