sobota, 27 października 2012

piękno braku (jap. wabi)

"Miej zawsze w pamięci, że wabi wymaga, by nie uważać niemożności za coś dyskwalifikującego, by nie odczuwać nieposiadania czegoś jako wady, by nie myśleć, że jeśli się czegoś nie ma, to jest to brakiem. Jeśli postrzega się niemożność jako coś dyskwalifikującego, jeśli odczuwa się nieposiadanie jako wadę, albo gdy myśli się, że brak czegoś sprawia, że jest się biednym, nie jest to wtedy wabi, lecz ubóstwo."

- J. Sotaku "Zencharoku" (zapiski o herbacie zen, pocz. XIX w.), cytat za "Estetyka i sztuka japońska" Beata Kubiak Ho-Chi

czwartek, 25 października 2012

pstryk

Dziś rano, przy mglistej pogodzie. Przed niewielki Carrefour express wyszedł facet, zamaszystym gestem podniósł złożone ręce w górę i wypuścił z nich gołębia, który gwałtownie zatrzepotał skrzydłami i odleciał w niebo. Trwało to nie więcej niż kilka sekund.

sobota, 20 października 2012

those precious things, let them wash away

Dobrze byłoby napisać notkę (cykl notek) o minimalizmie, acz nie jestem pewna, czy potrafię to zrobić, bo tak naprawdę mam ochotę tylko zachwycać się i zachwycać. Spróbuję jednak, chronologicznie.

1. organizer

Pierwszym impulsem w kierunku uporządkowania sobie życia, jakoś na początku wakacji, było chyba założenie organizera. Postanowiłam wpisać doń wszystko, nawet cele, których nie realizuję od miesięcy. Właśnie po to, żeby widzieć, które leżą odłogiem i… są do porzucenia. Od zawsze jestem niewolniczką list projektów do zrobienia. „To osiągnę, to, to i to.” Teraz wszystkie te marzenia stały się changed into plans co bezlitośnie obnażyło niemożliwość/nieprawdziwość części z nich. A co najważniejsze, pozwoliło mi się dowiedzieć, czym naprawdę się interesuję, a nie czym wydaje mi się, że się interesuję. Interesować się = przeznaczać na daną czynność czas.

2. porządek

Jakoś równocześnie z organizerem dorosłam do idei utrzymywania swoich rzeczy w porządku. W wieku 20 lat, yay. Nagle wszystkie wytarte zdania o szacunku do rzeczy, wszystkie zalety przejrzystości i poukładania nabrały znaczenia. Posegregowałam przedmioty, zaprowadziłam w nich porządek, a teraz zostało mi właściwie ścieranie co miesiąc kurzu (częściej nie warto). I uważam ten czas za bardzo dobrze wykorzystany z jednego względu – to idealny sposób, żeby w końcu przejrzeć cały swój stan posiadania i odkryć, ile rzeczy się ma. Każdy posiada jakieś zapomniane. A takie odkrycia mogą doprowadzić do punktu trzeciego, czyli esencji minimalizmu w wymiarze materialnym.

3. wyrzucanie

Ania z Zielonego Wzgórza mówiła, że przy pustej przestrzeni wyobraźnia ma większe pole… Nie tylko wyobraźnia, ale cały umysł! Puste biurko przed oczami jest mało zajmujące, prowokuje raczej do zabrania się za jakąś pracę. Zapełnione biurko nie dość, że może niepotrzebnie przyciągnąć uwagę rozrzuconymi po nim przedmiotami, to jeszcze potrafi zniechęcić do robienia czegokolwiek. Bo cokolwiek wymaga wykonania jeszcze dodatkowego zadania przedtem – posprzątania biurka.

Mam okropny zwyczaj zachowywania wszystkiego. Bo się kiedyś przyda, bo szkoda wyrzucać, bo mam wrażenie, że mój stan posiadania w jakiś sposób tworzy moją historię, jest niepisanym dziennikiem. Wszystko stanowi pamiątkę. Dlatego najpierw nie mogłam się zdobyć na wyrzucanie papierów i zaczęłam od rzeczy prostszej – od szafy. Dobrze wybrać na porządki dzień, gdy jest się w bardziej bojowym nastroju, bo to mimo wszystko też ciężki bój… ; ) Nielubiane, zachowywane z rozsądku bluzki i spódnice poleciały na stertę „do oddania”. W rezultacie uzbierałam dwie duże torby ubrań do oddania oraz jedną do sprzedania.

Spojrzałam na efekt swoich działań i odkryłam, że wyrzucanie faktycznie sprawia przyjemność. Jest przecięciem, końcem. Nie będę już się tak ubierać. Nie będę już się uczyć niemieckiego. Nie będę już przeglądała tych notatek. Nie lubię już figurek z porcelany, tak naprawdę są nieznośnie kiczowate. Wyrzucanie to oczyszczanie umysłu z niezrealizowanych planów i porzuconych projektów i stwarzanie miejsca na nowe.

Wytłuściłam główne korzyści, jakie odniosłam z tego całego procesu. Rozpoczęłam go podczas wakacji, kontynuuję – właściwie ciągle. Dwa dni temu znalazłam robiony w podstawówce zielnik. Taki błyskawiczny, zebrałam wtedy może 30 rodzajów roślinek, ale za to przechowuję je od dziewięciu lat (!) w oddzielnym segregatorze. Czy mnie ten zielnik cieszy, rozbraja, przywołuje wspomnienia niezwykłe? Tylko troszeczkę. Wyjęłam większość kartek z koszulek (zyskałam jakieś 20 koszulek…), te kilka, które chciałam zachować, dołączyłam do innych prac z dzieciństwa. Mam pusty segregator, wolne miejsce i – co najdziwniejsze – prawdziwy okruch satysfakcji, zadowolenia. Jedną rzecz mniej na dnie pokoju, na dnie umysłu.

poniedziałek, 15 października 2012

tylko minimalizm może nas uratować

Studia zastały mnie z poukładanym życiem. Rozplanowanym czasem. Rytmem codzienności wyznaczanym przez organizer.
Nie tak powinno się rozpoczynać nowy rok studiów. Dla nich zawczasu należałoby przygotować w życiu wielką wyrwę, którą mogłyby szczelnie wypełnić. U mnie wyrwy zabrakło i na rezultaty nie trzeba było długo czekać. Już drugiego dnia po powrocie do domu musiałam się zdrzemnąć. Trzeciego, czwartego dnia – też. Niby nie tak dużo zadań i zajęć, ale i tak permanentnie czułam się zmęczona, wykończona. Na organizer bałam się nawet spojrzeć. Pod koniec tygodnia rozchorowałam się i cały weekend przespałam w ramach rekonwalescencji. Nieracjonalne wymagania względem samej siebie doprowadziły mnie do pożałowania godnego stanu. Chora, z bolącym żołądkiem, pełna niejasnych niepokojów...
Uległam iluzji, że jeśli wpiszę wszystko do zrobienia na to-do listę, to będzie okej. Absurd. Organizer nie wyczarowuje czasu, jeśli jest przeładowany. 
Zdecydowałam więc - pora wziąć się za minimalizm w najbardziej radykalnym wydaniu. Co tam wyrzucanie przedmiotów! Mi trzeba wyrzucić zobowiązania, piętrzące się cele, narzucane arbitralnie samej sobie. Minimalizm chodził za mną od jakiegoś czasu, kręcił się wokół, ale nagle stał się palącą potrzebą i jedynym lekarstwem właściwie. Czystki są konieczne. W organizerze i powinnościach. Nie więcej niż kilka zadań na dzień! Wszystko, czego nie trzeba teraz uczynić można przerzucić do zamkniętego folderu na później. A w pierwszej kolejności zająć się tym, co świat zewnętrzny tak brutalnie narzuca, podstawy, trzeba wrócić do samych podstaw – bo inaczej rozpadnę się na maleńkie kawałeczki z tych wszystkich niepokojów, trosk i zagubienia.

Jak uznałam, tak zrobiłam. Miałam już chyba ze 30 opóźnionych zadań. Zostałam z dziesięcioma. Ważnych projektów zostało mi na liście 5. Oprócz tego kilka takich codziennych (dziennik, dbanie o siebie, niezbędne zakupy…), kilka mało absorbujących i zaznaczonych na zielono, bo same się wykonują właściwie (cotygodniowe zajęcia kaligrafii, postcrossing, spotkania…).

Tę czystkę przeprowadziłam niecały tydzień temu. Nie powiem, żeby nie bolało. Nie miałam serca zrezygnować z celów, więc po prostu przeniosłam je na bliżej nieokreślone później, kiedy ogarnę wszystko to, co trzeba. Podstawy. Czyli w mojej wersji: uzupełnienie dziennika praktyk nauczycielskich, najważniejsze sprawy na japonistyce, podanie o stypendium, przygotowania do egzaminu językowego, dawanie korepetycji, zadbanie o zdrowie, blog.

Nie ma słów, żeby opisać ulgę, jaką mi te czystki sprawiły.