sobota, 20 października 2012

those precious things, let them wash away

Dobrze byłoby napisać notkę (cykl notek) o minimalizmie, acz nie jestem pewna, czy potrafię to zrobić, bo tak naprawdę mam ochotę tylko zachwycać się i zachwycać. Spróbuję jednak, chronologicznie.

1. organizer

Pierwszym impulsem w kierunku uporządkowania sobie życia, jakoś na początku wakacji, było chyba założenie organizera. Postanowiłam wpisać doń wszystko, nawet cele, których nie realizuję od miesięcy. Właśnie po to, żeby widzieć, które leżą odłogiem i… są do porzucenia. Od zawsze jestem niewolniczką list projektów do zrobienia. „To osiągnę, to, to i to.” Teraz wszystkie te marzenia stały się changed into plans co bezlitośnie obnażyło niemożliwość/nieprawdziwość części z nich. A co najważniejsze, pozwoliło mi się dowiedzieć, czym naprawdę się interesuję, a nie czym wydaje mi się, że się interesuję. Interesować się = przeznaczać na daną czynność czas.

2. porządek

Jakoś równocześnie z organizerem dorosłam do idei utrzymywania swoich rzeczy w porządku. W wieku 20 lat, yay. Nagle wszystkie wytarte zdania o szacunku do rzeczy, wszystkie zalety przejrzystości i poukładania nabrały znaczenia. Posegregowałam przedmioty, zaprowadziłam w nich porządek, a teraz zostało mi właściwie ścieranie co miesiąc kurzu (częściej nie warto). I uważam ten czas za bardzo dobrze wykorzystany z jednego względu – to idealny sposób, żeby w końcu przejrzeć cały swój stan posiadania i odkryć, ile rzeczy się ma. Każdy posiada jakieś zapomniane. A takie odkrycia mogą doprowadzić do punktu trzeciego, czyli esencji minimalizmu w wymiarze materialnym.

3. wyrzucanie

Ania z Zielonego Wzgórza mówiła, że przy pustej przestrzeni wyobraźnia ma większe pole… Nie tylko wyobraźnia, ale cały umysł! Puste biurko przed oczami jest mało zajmujące, prowokuje raczej do zabrania się za jakąś pracę. Zapełnione biurko nie dość, że może niepotrzebnie przyciągnąć uwagę rozrzuconymi po nim przedmiotami, to jeszcze potrafi zniechęcić do robienia czegokolwiek. Bo cokolwiek wymaga wykonania jeszcze dodatkowego zadania przedtem – posprzątania biurka.

Mam okropny zwyczaj zachowywania wszystkiego. Bo się kiedyś przyda, bo szkoda wyrzucać, bo mam wrażenie, że mój stan posiadania w jakiś sposób tworzy moją historię, jest niepisanym dziennikiem. Wszystko stanowi pamiątkę. Dlatego najpierw nie mogłam się zdobyć na wyrzucanie papierów i zaczęłam od rzeczy prostszej – od szafy. Dobrze wybrać na porządki dzień, gdy jest się w bardziej bojowym nastroju, bo to mimo wszystko też ciężki bój… ; ) Nielubiane, zachowywane z rozsądku bluzki i spódnice poleciały na stertę „do oddania”. W rezultacie uzbierałam dwie duże torby ubrań do oddania oraz jedną do sprzedania.

Spojrzałam na efekt swoich działań i odkryłam, że wyrzucanie faktycznie sprawia przyjemność. Jest przecięciem, końcem. Nie będę już się tak ubierać. Nie będę już się uczyć niemieckiego. Nie będę już przeglądała tych notatek. Nie lubię już figurek z porcelany, tak naprawdę są nieznośnie kiczowate. Wyrzucanie to oczyszczanie umysłu z niezrealizowanych planów i porzuconych projektów i stwarzanie miejsca na nowe.

Wytłuściłam główne korzyści, jakie odniosłam z tego całego procesu. Rozpoczęłam go podczas wakacji, kontynuuję – właściwie ciągle. Dwa dni temu znalazłam robiony w podstawówce zielnik. Taki błyskawiczny, zebrałam wtedy może 30 rodzajów roślinek, ale za to przechowuję je od dziewięciu lat (!) w oddzielnym segregatorze. Czy mnie ten zielnik cieszy, rozbraja, przywołuje wspomnienia niezwykłe? Tylko troszeczkę. Wyjęłam większość kartek z koszulek (zyskałam jakieś 20 koszulek…), te kilka, które chciałam zachować, dołączyłam do innych prac z dzieciństwa. Mam pusty segregator, wolne miejsce i – co najdziwniejsze – prawdziwy okruch satysfakcji, zadowolenia. Jedną rzecz mniej na dnie pokoju, na dnie umysłu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz