1. organizer
Pierwszym impulsem w kierunku uporządkowania sobie życia, jakoś na początku wakacji, było chyba założenie organizera. Postanowiłam wpisać doń wszystko, nawet cele, których nie realizuję od miesięcy. Właśnie po to, żeby widzieć, które leżą odłogiem i… są do porzucenia. Od zawsze jestem niewolniczką list projektów do zrobienia. „To osiągnę, to, to i to.” Teraz wszystkie te marzenia stały się changed into plans co bezlitośnie obnażyło niemożliwość/nieprawdziwość części z nich. A co najważniejsze, pozwoliło mi się dowiedzieć, czym naprawdę się interesuję, a nie czym wydaje mi się, że się interesuję. Interesować się = przeznaczać na daną czynność czas.
2. porządek
Jakoś równocześnie z organizerem dorosłam do idei
utrzymywania swoich rzeczy w porządku. W wieku 20 lat, yay. Nagle wszystkie
wytarte zdania o szacunku do rzeczy, wszystkie zalety przejrzystości i
poukładania nabrały znaczenia. Posegregowałam przedmioty, zaprowadziłam w nich
porządek, a teraz zostało mi właściwie ścieranie co miesiąc kurzu (częściej nie
warto). I uważam ten czas za bardzo dobrze wykorzystany z jednego względu – to idealny sposób, żeby w końcu przejrzeć
cały swój stan posiadania i odkryć,
ile rzeczy się ma. Każdy posiada jakieś zapomniane. A takie odkrycia mogą
doprowadzić do punktu trzeciego, czyli esencji minimalizmu w wymiarze
materialnym.
3. wyrzucanie
Ania z Zielonego Wzgórza mówiła, że przy pustej przestrzeni
wyobraźnia ma większe pole… Nie tylko wyobraźnia, ale cały umysł! Puste biurko
przed oczami jest mało zajmujące, prowokuje raczej do zabrania się za jakąś
pracę. Zapełnione biurko nie dość, że może niepotrzebnie przyciągnąć uwagę
rozrzuconymi po nim przedmiotami, to jeszcze potrafi zniechęcić do robienia
czegokolwiek. Bo cokolwiek wymaga wykonania jeszcze dodatkowego zadania
przedtem – posprzątania biurka.
Mam okropny zwyczaj zachowywania wszystkiego. Bo się kiedyś
przyda, bo szkoda wyrzucać, bo mam wrażenie, że mój stan posiadania w jakiś
sposób tworzy moją historię, jest niepisanym dziennikiem. Wszystko stanowi
pamiątkę. Dlatego najpierw nie mogłam się zdobyć na wyrzucanie papierów i
zaczęłam od rzeczy prostszej – od szafy. Dobrze wybrać na porządki dzień, gdy
jest się w bardziej bojowym nastroju, bo to mimo wszystko też ciężki bój… ; )
Nielubiane, zachowywane z rozsądku bluzki i spódnice poleciały na stertę „do
oddania”. W rezultacie uzbierałam dwie duże torby ubrań do oddania oraz jedną
do sprzedania.
Spojrzałam na efekt swoich działań i odkryłam, że wyrzucanie
faktycznie sprawia przyjemność. Jest przecięciem, końcem. Nie będę już się tak
ubierać. Nie będę już się uczyć niemieckiego. Nie będę już przeglądała tych
notatek. Nie lubię już figurek z porcelany, tak naprawdę są nieznośnie
kiczowate. Wyrzucanie to oczyszczanie
umysłu z niezrealizowanych planów i porzuconych projektów i stwarzanie miejsca
na nowe.
Wytłuściłam główne korzyści, jakie odniosłam z tego całego
procesu. Rozpoczęłam go podczas wakacji, kontynuuję – właściwie ciągle. Dwa dni
temu znalazłam robiony w podstawówce zielnik. Taki błyskawiczny, zebrałam wtedy
może 30 rodzajów roślinek, ale za to przechowuję je od dziewięciu lat (!) w
oddzielnym segregatorze. Czy mnie ten zielnik cieszy, rozbraja, przywołuje
wspomnienia niezwykłe? Tylko troszeczkę. Wyjęłam większość kartek z koszulek
(zyskałam jakieś 20 koszulek…), te kilka, które chciałam zachować, dołączyłam
do innych prac z dzieciństwa. Mam pusty segregator, wolne miejsce i – co najdziwniejsze
– prawdziwy okruch satysfakcji, zadowolenia. Jedną rzecz mniej na dnie pokoju, na dnie umysłu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz