Nie tak powinno się rozpoczynać nowy rok studiów. Dla nich
zawczasu należałoby przygotować w życiu wielką wyrwę, którą mogłyby szczelnie
wypełnić. U mnie wyrwy zabrakło i na rezultaty nie trzeba było długo czekać. Już
drugiego dnia po powrocie do domu musiałam się zdrzemnąć. Trzeciego, czwartego
dnia – też. Niby nie tak dużo zadań i zajęć, ale i tak permanentnie czułam się
zmęczona, wykończona. Na organizer bałam się nawet spojrzeć. Pod koniec
tygodnia rozchorowałam się i cały weekend przespałam w ramach rekonwalescencji.
Nieracjonalne wymagania względem samej siebie doprowadziły mnie do pożałowania
godnego stanu. Chora, z bolącym żołądkiem, pełna niejasnych niepokojów...
Uległam iluzji, że jeśli wpiszę wszystko do zrobienia na
to-do listę, to będzie okej. Absurd. Organizer nie wyczarowuje czasu, jeśli
jest przeładowany.
Zdecydowałam więc - pora wziąć się za minimalizm w najbardziej radykalnym
wydaniu. Co tam wyrzucanie przedmiotów! Mi trzeba wyrzucić zobowiązania, piętrzące
się cele, narzucane arbitralnie samej sobie. Minimalizm chodził za mną od
jakiegoś czasu, kręcił się wokół, ale nagle stał się palącą potrzebą i jedynym
lekarstwem właściwie. Czystki są konieczne. W organizerze i powinnościach. Nie więcej
niż kilka zadań na dzień! Wszystko, czego nie
trzeba teraz uczynić można przerzucić do zamkniętego folderu na później. A w pierwszej kolejności
zająć się tym, co świat zewnętrzny tak brutalnie narzuca, podstawy,
trzeba wrócić
do samych podstaw – bo inaczej rozpadnę
się na maleńkie kawałeczki z tych wszystkich niepokojów, trosk i zagubienia.
Jak uznałam, tak zrobiłam. Miałam już chyba ze 30
opóźnionych zadań. Zostałam z dziesięcioma. Ważnych projektów zostało mi na
liście 5. Oprócz tego kilka takich codziennych (dziennik, dbanie o siebie, niezbędne
zakupy…), kilka mało absorbujących i zaznaczonych na zielono, bo same się wykonują
właściwie (cotygodniowe zajęcia kaligrafii, postcrossing, spotkania…).
Tę czystkę przeprowadziłam niecały tydzień temu. Nie powiem, żeby nie bolało. Nie miałam serca zrezygnować z celów, więc po prostu
przeniosłam je na bliżej nieokreślone później, kiedy ogarnę wszystko to, co
trzeba. Podstawy. Czyli w mojej wersji: uzupełnienie dziennika praktyk nauczycielskich, najważniejsze
sprawy na japonistyce, podanie o stypendium, przygotowania do egzaminu
językowego, dawanie korepetycji, zadbanie o zdrowie, blog.
Nie ma słów, żeby opisać ulgę, jaką mi te czystki sprawiły.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz