sobota, 29 września 2012

Chowanie człowieka między ludźmi bez kontaktu z naturą doprowadza go do wynaturzeń

Małe, tymczasowe warszawskie miejsce-schronienie.

Najpierw uderza intensywny zapach roślin. Na środku białej salki stoi mini-szklarnia, a w środku doniczki z malinami, poziomkami, koperkiem, drzewkami szczęścia, bazylią, malwami, cebulą, małymi pomidorkami, na pewno czymś jeszcze. Konewka jest, jakaś łopatka do ziemi także. Można wybrać roślinę, którą chciałoby się zaopiekować na dłużej, oznaczyć ją zieloną naklejką i odwiedzać częściej. A za miesiąc zabrać do domu.

A potem pachnie już tym, czego sobie zażyczysz. I brzmi. Porannym deszczem? Jesienią? Szuwarami? Ogrodem kwiatowym, łąką upalną?... Czym tylko chcesz. Zabierasz wybrane słoiczki z zapachami, muzykę, po czym schodzisz krętymi schodami do białego pomieszczenia z wygodnymi, naturalnymi siedziskami z płótna, zapadasz się w jedno z nich i wracasz.
Wróciłam na wieś. Na działkę. Z zamkniętymi oczami słuchałam, jak zbiera się na deszcz. Zrywa się charakterystyczny wiatr, pies szczeka, słychać, jak pierwsze krople rozbijają się o liście drzew. (Otwieram słoiczek.) Zmienia się zapach powietrza. Panuje jakiś nieokreślony niepokój, nastrój oczekiwania. I nagle szmerek w koronach drzew potężnieje w głośny, jednostajny szum – hałas właściwie – regularnego deszczu. Szum trwa, trwa, nieustępliwy, a gdy w końcu ustaje, nieco się uspokaja, przejaśnia (choć cały czas oczy mam zamknięte), wiem, że jest rześko, a przyroda przechodzi leniwie w kolejną fazę.

Natura w wersji demo? Raczej natura wysublimowana, sprowadzona do esencji dźwięku i zapachu, zuniwersalizowana. Ja wspomniałam działkę, ale każdemu słuchaczowi te dźwięki przypomną o innych deszczach, innych działkach, wsiach, domach rodzinnych. O burzy ostatniego lata albo o tej z czasów dzieciństwa. Jeśli w białym pomieszczeniu na dole równocześnie przebywają trzy osoby (choć na wystawie jest raczej pusto), to każda z nich tak naprawdę znajduje się gdzie indziej, równocześnie wspominając i przeżywając na nowo. Kiedy wrócą na powierzchnię, będą troszeczkę inne. Bo przecież na wsi stajemy się troszeczkę innymi ludźmi: inaczej się oddycha, żyje, myśli. Dzięki sztuce i tej wystawie przypomniałam sobie o tej „mnie” z działki, ze wsi. Tej mnie chodzącej na długie spacery wzdłuż rzeki, obserwującej łabędzie z małymi, spisującej na karteczkach pomysły na opowiadania i teksty, spokojnej, bardziej zrównoważonej, szczęśliwszej. Wyszłam na ulicę Nowy Świat i dalej byłam tamtą mną. Chociaż przez chwilę.

W obronie takiej sztuki stoję całą duszą.

adres i informacje

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz