- jest napisany przez wykładowcę psychologii pozytywnej na Harvardzie
- miał żółtą okładkę, a moja mania na żółtość nie ustaje
- 10 złotych
- prawo mówiące, że „każda zmiana jest dobra” świetnie sprawdza się w przypadku mojej przygody z rozwojem osobistym. Co jakiś czas potrzebuję nowych bodźców, żeby cała sprawa nie przestała mnie kręcić. Liczę na to, że książka wystarczy na parę tygodni.
No i się zaczęło. Branie fragmentów tekstu w ramki, parafrazowanie, zapisywanie jednozdaniowych refleksji, a potem nawet całych akapitów tekstu na marginesach. Otóż trik w tym, że książka jest wypełniona ćwiczeniami dla czytelnika oraz uwagami „stop – zastanów się, czy przeżyłeś coś podobnego / jakiej rady byś sobie udzielił / co myślisz”. No to pisałam, co przeżyłam, co myślę i jakie mam dla siebie samej rady.
Pierwszy raz od dawna zdarzyło mi
się potraktować książkę nie jak dane mi dzieło (w końcu podświadomość
podpowiada, że wydrukowane = skończone!), ale szkic, który muszę zaadaptować na
swoje potrzeby. Pierwsza wersja, brudnopis, na który trzeba nanieść mnóstwo
poprawek, który trzeba wzbogacić o własne przykłady i wnioski. Póki co mam za
sobą dwa rozdziały, ale już czuję, że to jedna z najporządniej przeczytanych
książek w moim życiu. I dwie myśli mi się w głowie kołaczą.
- Dlaczego do tego stopnia krytyczne, osobiste podejście do książki jest dla mnie taką osobliwością, że odczuwam potrzebę pisania o tym?
- Jak by takie mazanie po marginesach wyszło na powieściach?
A cały problem zasadza się oczywiście na czołobitnym stosunku do książek. Do słowa pisanego. Do rzeczywistości.
Jak się zastanowić, zanik pisania na marginesach stanowi znakomity symbol powszechnego
braku krytycyzmu. Patrzę na siebie i przyznaję, że często nie podważam, nie
rozważam, przyjmuję na wiarę. Nie z wstydliwości mi się to bierze – po prostu z reguły
jest mi zbyt wszystko jedno. A to już bardzo smutne.
(A ładny
artykuł o marginaliach był kiedyś tu.)