niedziela, 18 listopada 2012

naprawdę przeczytałeś książkę dopiero, gdy pomazałeś jej marginesy

Ze wstydem przyznaję, że wydałam 10 złotych na poradnik w stylu „jak żyć”. Usprawiedliwienia (choć dla tematu wpisu to kompletnie nieistotne):
  1.     jest napisany przez wykładowcę psychologii pozytywnej na Harvardzie
  2.     miał żółtą okładkę, a moja mania na żółtość nie ustaje
  3.     10 złotych
  4.     prawo mówiące, że „każda zmiana jest dobra” świetnie sprawdza się w przypadku mojej przygody z rozwojem osobistym. Co jakiś czas potrzebuję nowych bodźców, żeby cała sprawa nie przestała mnie kręcić. Liczę na to, że książka wystarczy na parę tygodni. 
           I zdarzyło mi się z tej okazji coś nowego. Z reguły staram się nie pisać po marginesach. Co najwyżej podkreślam niektóre zdania ołówkiem i to możliwie lekko - z szacunku dla książek. Ale tym razem sytuacja była inna – do żółtego poradnika szacunku nie miałam za grosz. Miał stanowić narzędzie do pracy nad sobą.
          No i się zaczęło. Branie fragmentów tekstu w ramki, parafrazowanie, zapisywanie jednozdaniowych refleksji, a potem nawet całych akapitów tekstu na marginesach. Otóż trik w tym, że książka jest wypełniona ćwiczeniami dla czytelnika oraz uwagami „stop – zastanów się, czy przeżyłeś coś podobnego / jakiej rady byś sobie udzielił / co myślisz”. No to pisałam, co przeżyłam, co myślę i jakie mam dla siebie samej rady.

Pierwszy raz od dawna zdarzyło mi się potraktować książkę nie jak dane mi dzieło (w końcu podświadomość podpowiada, że wydrukowane = skończone!), ale szkic, który muszę zaadaptować na swoje potrzeby. Pierwsza wersja, brudnopis, na który trzeba nanieść mnóstwo poprawek, który trzeba wzbogacić o własne przykłady i wnioski. Póki co mam za sobą dwa rozdziały, ale już czuję, że to jedna z najporządniej przeczytanych książek w moim życiu. I dwie myśli mi się w głowie kołaczą.
  1. Dlaczego do tego stopnia krytyczne, osobiste podejście do książki jest dla mnie taką osobliwością, że odczuwam potrzebę pisania o tym?
  2. Jak by takie mazanie po marginesach wyszło na powieściach?
A cały problem zasadza się oczywiście na czołobitnym stosunku do książek. Do słowa pisanego. Do rzeczywistości. Jak się zastanowić, zanik pisania na marginesach stanowi znakomity symbol powszechnego braku krytycyzmu. Patrzę na siebie i przyznaję, że często nie podważam, nie rozważam, przyjmuję na wiarę. Nie z wstydliwości mi się to bierze – po prostu z reguły jest mi zbyt wszystko jedno. A to już bardzo smutne.

(A ładny artykuł o marginaliach był kiedyś tu.)

2 komentarze:

  1. Ostatecznie książka jest narzędziem. I jako narzędzie ma mi służyć :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Och Aniu. Widzisz, Ty na coś wpadniesz jak kupisz książkę, ja muszę to sobie przyswoić dopiero przemielone przez kulturoznawczą refleksję. Tak myślałam, że te moje studia są na niby, bo to wszystko wiadomo. No ale. Ktoś tam się u nas doktoryzuje z tematu pisania na marginesach :) (antropologia słowa). Jak mnisi przepisywali książkę to na marginesach były całe glosy, czyli ich komentarze i wyjaśnienia do tekstu. A potem jak wszedł druk to on był skończony, uporządkowany i nieludzki właśnie, więc pisanie na marginesach było(by) profanacją i tego zaniechano. Do dziś się dzieci za to karci i można tylko ołówkiem, a podręcznik należy odróżnić od ćwiczeń. Apogeum są ebooki, gdzie nawet jakbyś chciała dokonać profanacji, to tragizm Twój jako człowieka współczesnego Ci na to nie pozwala. To samo się tyczy notatek na papierze i na kompie - te drugie są bardziej usystematyzowane i linearne. No, ale skoro już zadrwiłam z czyjegoś doktoratu (bo ja go tu napisałam w 5 minut), to skonkluduję, że przecież głupio by było, gdyby poradnik rozwoju osobistego miał być nie dla ludzi :).

    OdpowiedzUsuń