"Miej zawsze w pamięci, że wabi wymaga, by nie uważać niemożności za coś dyskwalifikującego, by nie odczuwać nieposiadania czegoś jako wady, by nie myśleć, że jeśli się czegoś nie ma, to jest to brakiem. Jeśli postrzega się niemożność jako coś dyskwalifikującego, jeśli odczuwa się nieposiadanie jako wadę, albo gdy myśli się, że brak czegoś sprawia, że jest się biednym, nie jest to wtedy wabi, lecz ubóstwo."
- J. Sotaku "Zencharoku" (zapiski o herbacie zen, pocz. XIX w.), cytat za "Estetyka i sztuka japońska" Beata Kubiak Ho-Chi
"- Kogo zewłoka pani życzy sobie tu? - spytał bardzo uprzejmie i równie stanowczo, na nowo otwierając swój notes - Ucho moje słyszało. Jakiego zewłoka, pragnę wiedzieć. Bez zwłoki. Zewłoka bez zwłoki - powtórzył z pewnym trudem i wyraźnym upodobaniem, najwidoczniej delektując się bogactwem subtelności polskiego języka."
"Wszystko czerwone", Joanna Chmielewska
sobota, 27 października 2012
czwartek, 25 października 2012
pstryk
Dziś rano, przy mglistej pogodzie. Przed niewielki Carrefour express wyszedł facet, zamaszystym gestem podniósł złożone ręce w górę i wypuścił z nich gołębia, który gwałtownie zatrzepotał skrzydłami i odleciał w niebo. Trwało to nie więcej niż kilka sekund.
sobota, 20 października 2012
those precious things, let them wash away
Dobrze byłoby napisać notkę (cykl notek) o minimalizmie, acz nie jestem pewna, czy potrafię to zrobić, bo tak naprawdę mam ochotę tylko zachwycać się i zachwycać. Spróbuję jednak, chronologicznie.
1. organizer
Pierwszym impulsem w kierunku uporządkowania sobie życia, jakoś na początku wakacji, było chyba założenie organizera. Postanowiłam wpisać doń wszystko, nawet cele, których nie realizuję od miesięcy. Właśnie po to, żeby widzieć, które leżą odłogiem i… są do porzucenia. Od zawsze jestem niewolniczką list projektów do zrobienia. „To osiągnę, to, to i to.” Teraz wszystkie te marzenia stały się changed into plans co bezlitośnie obnażyło niemożliwość/nieprawdziwość części z nich. A co najważniejsze, pozwoliło mi się dowiedzieć, czym naprawdę się interesuję, a nie czym wydaje mi się, że się interesuję. Interesować się = przeznaczać na daną czynność czas.
1. organizer
Pierwszym impulsem w kierunku uporządkowania sobie życia, jakoś na początku wakacji, było chyba założenie organizera. Postanowiłam wpisać doń wszystko, nawet cele, których nie realizuję od miesięcy. Właśnie po to, żeby widzieć, które leżą odłogiem i… są do porzucenia. Od zawsze jestem niewolniczką list projektów do zrobienia. „To osiągnę, to, to i to.” Teraz wszystkie te marzenia stały się changed into plans co bezlitośnie obnażyło niemożliwość/nieprawdziwość części z nich. A co najważniejsze, pozwoliło mi się dowiedzieć, czym naprawdę się interesuję, a nie czym wydaje mi się, że się interesuję. Interesować się = przeznaczać na daną czynność czas.
2. porządek
Jakoś równocześnie z organizerem dorosłam do idei
utrzymywania swoich rzeczy w porządku. W wieku 20 lat, yay. Nagle wszystkie
wytarte zdania o szacunku do rzeczy, wszystkie zalety przejrzystości i
poukładania nabrały znaczenia. Posegregowałam przedmioty, zaprowadziłam w nich
porządek, a teraz zostało mi właściwie ścieranie co miesiąc kurzu (częściej nie
warto). I uważam ten czas za bardzo dobrze wykorzystany z jednego względu – to idealny sposób, żeby w końcu przejrzeć
cały swój stan posiadania i odkryć,
ile rzeczy się ma. Każdy posiada jakieś zapomniane. A takie odkrycia mogą
doprowadzić do punktu trzeciego, czyli esencji minimalizmu w wymiarze
materialnym.
3. wyrzucanie
Ania z Zielonego Wzgórza mówiła, że przy pustej przestrzeni
wyobraźnia ma większe pole… Nie tylko wyobraźnia, ale cały umysł! Puste biurko
przed oczami jest mało zajmujące, prowokuje raczej do zabrania się za jakąś
pracę. Zapełnione biurko nie dość, że może niepotrzebnie przyciągnąć uwagę
rozrzuconymi po nim przedmiotami, to jeszcze potrafi zniechęcić do robienia
czegokolwiek. Bo cokolwiek wymaga wykonania jeszcze dodatkowego zadania
przedtem – posprzątania biurka.
Mam okropny zwyczaj zachowywania wszystkiego. Bo się kiedyś
przyda, bo szkoda wyrzucać, bo mam wrażenie, że mój stan posiadania w jakiś
sposób tworzy moją historię, jest niepisanym dziennikiem. Wszystko stanowi
pamiątkę. Dlatego najpierw nie mogłam się zdobyć na wyrzucanie papierów i
zaczęłam od rzeczy prostszej – od szafy. Dobrze wybrać na porządki dzień, gdy
jest się w bardziej bojowym nastroju, bo to mimo wszystko też ciężki bój… ; )
Nielubiane, zachowywane z rozsądku bluzki i spódnice poleciały na stertę „do
oddania”. W rezultacie uzbierałam dwie duże torby ubrań do oddania oraz jedną
do sprzedania.
Spojrzałam na efekt swoich działań i odkryłam, że wyrzucanie
faktycznie sprawia przyjemność. Jest przecięciem, końcem. Nie będę już się tak
ubierać. Nie będę już się uczyć niemieckiego. Nie będę już przeglądała tych
notatek. Nie lubię już figurek z porcelany, tak naprawdę są nieznośnie
kiczowate. Wyrzucanie to oczyszczanie
umysłu z niezrealizowanych planów i porzuconych projektów i stwarzanie miejsca
na nowe.
Wytłuściłam główne korzyści, jakie odniosłam z tego całego
procesu. Rozpoczęłam go podczas wakacji, kontynuuję – właściwie ciągle. Dwa dni
temu znalazłam robiony w podstawówce zielnik. Taki błyskawiczny, zebrałam wtedy
może 30 rodzajów roślinek, ale za to przechowuję je od dziewięciu lat (!) w
oddzielnym segregatorze. Czy mnie ten zielnik cieszy, rozbraja, przywołuje
wspomnienia niezwykłe? Tylko troszeczkę. Wyjęłam większość kartek z koszulek
(zyskałam jakieś 20 koszulek…), te kilka, które chciałam zachować, dołączyłam
do innych prac z dzieciństwa. Mam pusty segregator, wolne miejsce i – co najdziwniejsze
– prawdziwy okruch satysfakcji, zadowolenia. Jedną rzecz mniej na dnie pokoju, na dnie umysłu.
poniedziałek, 15 października 2012
tylko minimalizm może nas uratować
Studia zastały mnie z poukładanym życiem. Rozplanowanym
czasem. Rytmem codzienności wyznaczanym przez organizer.
Nie tak powinno się rozpoczynać nowy rok studiów. Dla nich
zawczasu należałoby przygotować w życiu wielką wyrwę, którą mogłyby szczelnie
wypełnić. U mnie wyrwy zabrakło i na rezultaty nie trzeba było długo czekać. Już
drugiego dnia po powrocie do domu musiałam się zdrzemnąć. Trzeciego, czwartego
dnia – też. Niby nie tak dużo zadań i zajęć, ale i tak permanentnie czułam się
zmęczona, wykończona. Na organizer bałam się nawet spojrzeć. Pod koniec
tygodnia rozchorowałam się i cały weekend przespałam w ramach rekonwalescencji.
Nieracjonalne wymagania względem samej siebie doprowadziły mnie do pożałowania
godnego stanu. Chora, z bolącym żołądkiem, pełna niejasnych niepokojów...
Uległam iluzji, że jeśli wpiszę wszystko do zrobienia na
to-do listę, to będzie okej. Absurd. Organizer nie wyczarowuje czasu, jeśli
jest przeładowany.
Zdecydowałam więc - pora wziąć się za minimalizm w najbardziej radykalnym
wydaniu. Co tam wyrzucanie przedmiotów! Mi trzeba wyrzucić zobowiązania, piętrzące
się cele, narzucane arbitralnie samej sobie. Minimalizm chodził za mną od
jakiegoś czasu, kręcił się wokół, ale nagle stał się palącą potrzebą i jedynym
lekarstwem właściwie. Czystki są konieczne. W organizerze i powinnościach. Nie więcej
niż kilka zadań na dzień! Wszystko, czego nie
trzeba teraz uczynić można przerzucić do zamkniętego folderu na później. A w pierwszej kolejności
zająć się tym, co świat zewnętrzny tak brutalnie narzuca, podstawy,
trzeba wrócić
do samych podstaw – bo inaczej rozpadnę
się na maleńkie kawałeczki z tych wszystkich niepokojów, trosk i zagubienia.
Jak uznałam, tak zrobiłam. Miałam już chyba ze 30
opóźnionych zadań. Zostałam z dziesięcioma. Ważnych projektów zostało mi na
liście 5. Oprócz tego kilka takich codziennych (dziennik, dbanie o siebie, niezbędne
zakupy…), kilka mało absorbujących i zaznaczonych na zielono, bo same się wykonują
właściwie (cotygodniowe zajęcia kaligrafii, postcrossing, spotkania…).
Tę czystkę przeprowadziłam niecały tydzień temu. Nie powiem, żeby nie bolało. Nie miałam serca zrezygnować z celów, więc po prostu
przeniosłam je na bliżej nieokreślone później, kiedy ogarnę wszystko to, co
trzeba. Podstawy. Czyli w mojej wersji: uzupełnienie dziennika praktyk nauczycielskich, najważniejsze
sprawy na japonistyce, podanie o stypendium, przygotowania do egzaminu
językowego, dawanie korepetycji, zadbanie o zdrowie, blog.
Nie ma słów, żeby opisać ulgę, jaką mi te czystki sprawiły.
sobota, 29 września 2012
Chowanie człowieka między ludźmi bez kontaktu z naturą doprowadza go do wynaturzeń
Małe, tymczasowe warszawskie miejsce-schronienie.
Najpierw uderza intensywny zapach roślin. Na środku białej salki stoi mini-szklarnia, a w środku doniczki z malinami, poziomkami, koperkiem, drzewkami szczęścia, bazylią, malwami, cebulą, małymi pomidorkami, na pewno czymś jeszcze. Konewka jest, jakaś łopatka do ziemi także. Można wybrać roślinę, którą chciałoby się zaopiekować na dłużej, oznaczyć ją zieloną naklejką i odwiedzać częściej. A za miesiąc zabrać do domu.
W obronie takiej
sztuki stoję całą duszą.
adres i informacje
Najpierw uderza intensywny zapach roślin. Na środku białej salki stoi mini-szklarnia, a w środku doniczki z malinami, poziomkami, koperkiem, drzewkami szczęścia, bazylią, malwami, cebulą, małymi pomidorkami, na pewno czymś jeszcze. Konewka jest, jakaś łopatka do ziemi także. Można wybrać roślinę, którą chciałoby się zaopiekować na dłużej, oznaczyć ją zieloną naklejką i odwiedzać częściej. A za miesiąc zabrać do domu.
A potem pachnie już tym, czego sobie zażyczysz. I brzmi.
Porannym deszczem? Jesienią? Szuwarami? Ogrodem kwiatowym, łąką upalną?... Czym
tylko chcesz. Zabierasz wybrane słoiczki z zapachami, muzykę, po czym schodzisz
krętymi schodami do białego pomieszczenia z wygodnymi, naturalnymi siedziskami
z płótna, zapadasz się w jedno z nich i wracasz.
Wróciłam na wieś. Na działkę. Z zamkniętymi oczami
słuchałam, jak zbiera się na deszcz. Zrywa się charakterystyczny wiatr, pies
szczeka, słychać, jak pierwsze krople rozbijają się o liście drzew. (Otwieram
słoiczek.) Zmienia się zapach powietrza. Panuje jakiś nieokreślony niepokój,
nastrój oczekiwania. I nagle szmerek w koronach drzew potężnieje w głośny,
jednostajny szum – hałas właściwie – regularnego deszczu. Szum trwa, trwa,
nieustępliwy, a gdy w końcu ustaje, nieco się uspokaja, przejaśnia (choć cały
czas oczy mam zamknięte), wiem, że jest rześko, a przyroda przechodzi leniwie w
kolejną fazę.
Natura w wersji demo? Raczej natura wysublimowana,
sprowadzona do esencji dźwięku i zapachu, zuniwersalizowana. Ja wspomniałam
działkę, ale każdemu słuchaczowi te dźwięki przypomną o innych deszczach,
innych działkach, wsiach, domach rodzinnych. O burzy ostatniego lata albo o tej
z czasów dzieciństwa. Jeśli w białym pomieszczeniu na dole równocześnie
przebywają trzy osoby (choć na wystawie jest raczej pusto), to każda z nich tak
naprawdę znajduje się gdzie indziej, równocześnie wspominając i przeżywając na
nowo. Kiedy wrócą na powierzchnię, będą troszeczkę inne. Bo przecież na wsi
stajemy się troszeczkę innymi ludźmi: inaczej się oddycha, żyje, myśli. Dzięki
sztuce i tej wystawie przypomniałam sobie o tej „mnie” z działki, ze wsi. Tej
mnie chodzącej na długie spacery wzdłuż rzeki, obserwującej łabędzie z małymi,
spisującej na karteczkach pomysły na opowiadania i teksty, spokojnej, bardziej
zrównoważonej, szczęśliwszej. Wyszłam na ulicę Nowy Świat i dalej byłam tamtą
mną. Chociaż przez chwilę.
adres i informacje
Subskrybuj:
Posty (Atom)