Moja ulubiona rada na wszystkie ludzkie bolączki (bo to prawda - wszystko przejdzie!), a dopiero teraz uświadomiłam sobie, jak jest sformułowana.
Przejdzie. Przejdzie i sobie pójdzie. Ale jak będzie przechodzić, to stratuje wszystko, po czym będzie szło. Nie bez powodu mówi się, że tornado przejdzie. Burza przejdzie, deszcz przejdzie, kryzys przejdzie - same złe rzeczy. A jak będą przechodzić, to podepcą. Zniszczą. Rozgniotą.
Sesja też przejdzie.
"- Kogo zewłoka pani życzy sobie tu? - spytał bardzo uprzejmie i równie stanowczo, na nowo otwierając swój notes - Ucho moje słyszało. Jakiego zewłoka, pragnę wiedzieć. Bez zwłoki. Zewłoka bez zwłoki - powtórzył z pewnym trudem i wyraźnym upodobaniem, najwidoczniej delektując się bogactwem subtelności polskiego języka."
"Wszystko czerwone", Joanna Chmielewska
środa, 4 stycznia 2012
wtorek, 27 grudnia 2011
point, czyli jeszcze raz o czarno-białym
Francuskie point to kropka, punkt. Najmniejsza forma bytu. Coś, o czym niewiele można powiedzieć ponad to, że istnieje.
Równocześnie il n'existe point, oznacza on nie istnieje (nie = ne...point) Słówko, które oznajmiało istnienie, wskazywać też może istnienia odwrotność.
Widać z tego jasno, że istotą znaczenia point nie jest "istnieje", czy też "nie istnieje". Point wskazuje, że rzecz dotyczy (nie)istnienia - nie ma niestety w języku słowa, które oddawałoby sens "właściwość istnienia lub nieistnienia", więc skracam je do (nie)istnienia. Zapisać można by to tak:
point:
[istnienie] +
[istnienie] -
gdzie tylko kontekst (zdanie) wskazuje, czy wartość jest dodatnia czy ujemna. Jedyne, co nie ulegnie zmianie, to człon [istnienie], które może słuszniej byłoby nazwać [(nie)istnienie]. Czy (nie)istnienie jest, czy go nie ma, to przecież już podrzędne wobec faktu, że to (nie)istnienia dane zdanie dotyczy.
Francuzom mieszanie przeciwieństw zdaje się przychodzić łatwo. To oni w końcu mówią à jamais (na nigdy), mając na myśli à toujours (na zawsze). W innych językach "nie" i "tak" wydają mi się - przynajmniej w tej chwili : ) - nieco wyraźniej rozgraniczone.
Równocześnie il n'existe point, oznacza on nie istnieje (nie = ne...point) Słówko, które oznajmiało istnienie, wskazywać też może istnienia odwrotność.
Widać z tego jasno, że istotą znaczenia point nie jest "istnieje", czy też "nie istnieje". Point wskazuje, że rzecz dotyczy (nie)istnienia - nie ma niestety w języku słowa, które oddawałoby sens "właściwość istnienia lub nieistnienia", więc skracam je do (nie)istnienia. Zapisać można by to tak:
point:
[istnienie] +
[istnienie] -
gdzie tylko kontekst (zdanie) wskazuje, czy wartość jest dodatnia czy ujemna. Jedyne, co nie ulegnie zmianie, to człon [istnienie], które może słuszniej byłoby nazwać [(nie)istnienie]. Czy (nie)istnienie jest, czy go nie ma, to przecież już podrzędne wobec faktu, że to (nie)istnienia dane zdanie dotyczy.
Francuzom mieszanie przeciwieństw zdaje się przychodzić łatwo. To oni w końcu mówią à jamais (na nigdy), mając na myśli à toujours (na zawsze). W innych językach "nie" i "tak" wydają mi się - przynajmniej w tej chwili : ) - nieco wyraźniej rozgraniczone.
piątek, 23 grudnia 2011
drogi 2012
Mniej więcej rok temu napisałam kredką na ścianie "drogi 2011 - wierzę w ciebie", bo bardzo chciałam, żeby był dobry. I pod wieloma względami to życzenie się spełniło, ale przecież nie dzięki niebieskim literkom. Dziś jak na nie patrzę, to po pierwsze kombinuję, co z tym napisem zrobić (zetrzeć? zakleić czymś na 2012? zostawić? chyba zostawić, bo to nie wymaga żadnej ingerencji ani wysiłku), a po drugie hamuję swe zapędy tworzenia planów.
Bo przy okazji porządków zebrałam też wszystkie moje listy rzeczy do zrobienia, projektów i bóg wie czego. Wyszła tego gruba teczka. Większość się powtarza, część budzi już zamiast entuzjazmu tylko wyrzuty sumienia (dlaczego nadal tego nie zrobiłam?), niewiele punktów jest odhaczonych. Właściwie to nie mam ochoty tego dokładnie przeglądać, a powinnam wyrzucić do śmieci.
I nie planować. Niebieskie literki to jednak tylko niebieskie literki, punkty na kartce to tylko czarne kropki. Słowa nie mają mocy sprawczej, panie Austin, jednak nie. Mają tylko moc tworzenia iluzji. Nic nie zmienia to, że coś sobie obiecam: albo to zrobię, albo nie. Nic nie zmienia "jesteście mężem i żoną": albo się pozostanie w związku, albo nie. Można sobie mówić "aresztuję pana", jeśli delikwent ucieknie, aresztowany nie będzie.
Słowa dają poczucie bezpieczeństwa, tworzą iluzje zmian. Podobno jeśli coś sobie obiecamy, to bardziej prawdopodobne jest, że to wykonamy. Nie zauważyłam. Zatem moje jedyne postanowienie na nowy rok (które z trudem zaczęłam wprowadzać w życie już parę miesięcy temu - to chyba moje największe tegoroczne osiągnięcie) brzmi: ograniczę w dyskursie liczbę austinowskich declarations.
Bo przy okazji porządków zebrałam też wszystkie moje listy rzeczy do zrobienia, projektów i bóg wie czego. Wyszła tego gruba teczka. Większość się powtarza, część budzi już zamiast entuzjazmu tylko wyrzuty sumienia (dlaczego nadal tego nie zrobiłam?), niewiele punktów jest odhaczonych. Właściwie to nie mam ochoty tego dokładnie przeglądać, a powinnam wyrzucić do śmieci.
I nie planować. Niebieskie literki to jednak tylko niebieskie literki, punkty na kartce to tylko czarne kropki. Słowa nie mają mocy sprawczej, panie Austin, jednak nie. Mają tylko moc tworzenia iluzji. Nic nie zmienia to, że coś sobie obiecam: albo to zrobię, albo nie. Nic nie zmienia "jesteście mężem i żoną": albo się pozostanie w związku, albo nie. Można sobie mówić "aresztuję pana", jeśli delikwent ucieknie, aresztowany nie będzie.
Słowa dają poczucie bezpieczeństwa, tworzą iluzje zmian. Podobno jeśli coś sobie obiecamy, to bardziej prawdopodobne jest, że to wykonamy. Nie zauważyłam. Zatem moje jedyne postanowienie na nowy rok (które z trudem zaczęłam wprowadzać w życie już parę miesięcy temu - to chyba moje największe tegoroczne osiągnięcie) brzmi: ograniczę w dyskursie liczbę austinowskich declarations.
czwartek, 22 grudnia 2011
Od bałaganu gorszy jest tylko porządek.
Do takich wniosków doszłam, zrobiwszy generalne porządki w pokoju, a przede wszystkim w notatkach. Bo cóż mi z tego przyszło? Miało to uspokoić mą duszę, napełnić ją błogim poczuciem, że wszystko jest łatwo dostępne i na wyciągnięcie ręki... Zamiast tego, dowiedziałam się głównie, czego nie mam. I tu ujawnił się dramat.
Jeśli nie masz czegoś w zabałaganionym pokoju, zostaje ci nadzieja - na pewno gdzieś tu jest, tylko taki bałagan, że znaleźć nie można. Jeśli nie masz czegoś w sprzątniętym pokoju, pozostaje rwanie włosów z głowy. Nie ma! No nie ma! I nawet nie ma co szukać, bo wszystkie miejsca sprawdzone! Najwyraźniej znikło, wlazło pod podłogę albo uciekło, szurając po podłodze, bo nigdzie nie ma!
Niby sytuacja taka sama (bo w końcu nie ma tak czy tak), ale jakże inna. Stanowczo lepiej i spokojniej jest nie wiedzieć, że nie ma. Ignorance is bliss, a tym całym dążeniem do prawdy i wiedzy możecie się wypchać i wytapetować.
Jeśli nie masz czegoś w zabałaganionym pokoju, zostaje ci nadzieja - na pewno gdzieś tu jest, tylko taki bałagan, że znaleźć nie można. Jeśli nie masz czegoś w sprzątniętym pokoju, pozostaje rwanie włosów z głowy. Nie ma! No nie ma! I nawet nie ma co szukać, bo wszystkie miejsca sprawdzone! Najwyraźniej znikło, wlazło pod podłogę albo uciekło, szurając po podłodze, bo nigdzie nie ma!
Niby sytuacja taka sama (bo w końcu nie ma tak czy tak), ale jakże inna. Stanowczo lepiej i spokojniej jest nie wiedzieć, że nie ma. Ignorance is bliss, a tym całym dążeniem do prawdy i wiedzy możecie się wypchać i wytapetować.
sobota, 17 grudnia 2011
tu żyją sowy
Subskrybuj:
Posty (Atom)

