Mniej więcej rok temu napisałam kredką na ścianie "drogi 2011 - wierzę w ciebie", bo bardzo chciałam, żeby był dobry. I pod wieloma względami to życzenie się spełniło, ale przecież nie dzięki niebieskim literkom. Dziś jak na nie patrzę, to po pierwsze kombinuję, co z tym napisem zrobić (zetrzeć? zakleić czymś na 2012? zostawić? chyba zostawić, bo to nie wymaga żadnej ingerencji ani wysiłku), a po drugie hamuję swe zapędy tworzenia planów.
Bo przy okazji porządków zebrałam też wszystkie moje listy rzeczy do zrobienia, projektów i bóg wie czego. Wyszła tego gruba teczka. Większość się powtarza, część budzi już zamiast entuzjazmu tylko wyrzuty sumienia (dlaczego nadal tego nie zrobiłam?), niewiele punktów jest odhaczonych. Właściwie to nie mam ochoty tego dokładnie przeglądać, a powinnam wyrzucić do śmieci.
I nie planować. Niebieskie literki to jednak tylko niebieskie literki, punkty na kartce to tylko czarne kropki. Słowa nie mają mocy sprawczej, panie Austin, jednak nie. Mają tylko moc tworzenia iluzji. Nic nie zmienia to, że coś sobie obiecam: albo to zrobię, albo nie. Nic nie zmienia "jesteście mężem i żoną": albo się pozostanie w związku, albo nie. Można sobie mówić "aresztuję pana", jeśli delikwent ucieknie, aresztowany nie będzie.
Słowa dają poczucie bezpieczeństwa, tworzą iluzje zmian. Podobno jeśli coś sobie obiecamy, to bardziej prawdopodobne jest, że to wykonamy. Nie zauważyłam. Zatem moje jedyne postanowienie na nowy rok (które z trudem zaczęłam wprowadzać w życie już parę miesięcy temu - to chyba moje największe tegoroczne osiągnięcie) brzmi: ograniczę w dyskursie liczbę austinowskich declarations.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz