wtorek, 27 grudnia 2011

point, czyli jeszcze raz o czarno-białym

Francuskie point to kropka, punkt. Najmniejsza forma bytu. Coś, o czym niewiele można powiedzieć ponad to, że istnieje.
Równocześnie il n'existe point, oznacza on nie istnieje (nie = ne...pointSłówko, które oznajmiało istnienie, wskazywać też może istnienia odwrotność.
Widać z tego jasno, że istotą znaczenia point nie jest "istnieje", czy też "nie istnieje". Point wskazuje, że rzecz dotyczy (nie)istnienia - nie ma niestety w języku słowa, które oddawałoby sens "właściwość istnienia lub nieistnienia", więc skracam je do (nie)istnienia. Zapisać można by to tak:

point:
   [istnienie] +
   [istnienie] -

gdzie tylko kontekst (zdanie) wskazuje, czy wartość jest dodatnia czy ujemna. Jedyne, co nie ulegnie zmianie, to człon [istnienie], które może słuszniej byłoby nazwać [(nie)istnienie]. Czy (nie)istnienie jest, czy go nie ma, to przecież już podrzędne wobec faktu, że to (nie)istnienia dane zdanie dotyczy.

Francuzom mieszanie przeciwieństw zdaje się przychodzić łatwo. To oni w końcu mówią à jamais (na nigdy), mając na myśli à toujours (na zawsze). W innych językach "nie" i "tak" wydają mi się - przynajmniej w tej chwili : ) - nieco wyraźniej rozgraniczone.

piątek, 23 grudnia 2011

drogi 2012

Mniej więcej rok temu napisałam kredką na ścianie "drogi 2011 - wierzę w ciebie", bo bardzo chciałam, żeby był dobry. I pod wieloma względami to życzenie się spełniło, ale przecież nie dzięki niebieskim literkom. Dziś jak na nie patrzę, to po pierwsze kombinuję, co z tym napisem zrobić (zetrzeć? zakleić czymś na 2012? zostawić? chyba zostawić, bo to nie wymaga żadnej ingerencji ani wysiłku), a po drugie hamuję swe zapędy tworzenia planów.
Bo przy okazji porządków zebrałam też wszystkie moje listy rzeczy do zrobienia, projektów i bóg wie czego. Wyszła tego gruba teczka. Większość się powtarza, część budzi już zamiast entuzjazmu tylko wyrzuty sumienia (dlaczego nadal tego nie zrobiłam?), niewiele punktów jest odhaczonych. Właściwie to nie mam ochoty tego dokładnie przeglądać, a powinnam wyrzucić do śmieci.
I nie planować. Niebieskie literki to jednak tylko niebieskie literki, punkty na kartce to tylko czarne kropki. Słowa nie mają mocy sprawczej, panie Austin, jednak nie. Mają tylko moc tworzenia iluzji. Nic nie zmienia to, że coś sobie obiecam: albo to zrobię, albo nie. Nic nie zmienia "jesteście mężem i żoną": albo się pozostanie w związku, albo nie. Można sobie mówić "aresztuję pana", jeśli delikwent ucieknie, aresztowany nie będzie.
Słowa dają poczucie bezpieczeństwa, tworzą iluzje zmian. Podobno jeśli coś sobie obiecamy, to bardziej  prawdopodobne jest, że to wykonamy. Nie zauważyłam. Zatem moje jedyne postanowienie na nowy rok (które z trudem zaczęłam wprowadzać w życie już parę miesięcy temu - to chyba moje największe tegoroczne osiągnięcie) brzmi: ograniczę w dyskursie liczbę austinowskich declarations. 

czwartek, 22 grudnia 2011

Od bałaganu gorszy jest tylko porządek.

Do takich wniosków doszłam, zrobiwszy generalne porządki w pokoju, a przede wszystkim w notatkach. Bo cóż mi z tego przyszło? Miało to uspokoić mą duszę, napełnić ją błogim poczuciem, że wszystko jest łatwo dostępne i na wyciągnięcie ręki... Zamiast tego, dowiedziałam się głównie, czego nie mam. I tu ujawnił się dramat.
Jeśli nie masz czegoś w zabałaganionym pokoju, zostaje ci nadzieja - na pewno gdzieś tu jest, tylko taki bałagan, że znaleźć nie można. Jeśli nie masz czegoś w sprzątniętym pokoju, pozostaje rwanie włosów z głowy. Nie ma! No nie ma! I nawet nie ma co szukać, bo wszystkie miejsca sprawdzone! Najwyraźniej znikło, wlazło pod podłogę albo uciekło, szurając po podłodze, bo nigdzie nie ma!
Niby sytuacja taka sama (bo w końcu nie ma tak czy tak), ale jakże inna. Stanowczo lepiej i spokojniej jest nie wiedzieć, że nie ma. Ignorance is bliss, a tym całym dążeniem do prawdy i wiedzy możecie się wypchać i wytapetować.

sobota, 17 grudnia 2011

tu żyją sowy

Dziennikarze robią dużo gorsze rzeczy niż proste literówki (zwłaszcza dziennikarze Pudelka), więc czepiać się niby nie warto, ale ja lubię sowy. I dlatego z przyjemnością wklejam:

sowy onetowskie:


sowy pudelkowe:

poniedziałek, 12 grudnia 2011

nie płacz, nie płacz, kupię ci chłechłacz

Genialne. Nie mam pojęcia, czym jest chłechłacz, ale taka deklaracja od razu by mnie pocieszyła.
Poznałam ten wierszyk dzięki forum Chmielewskiej, ponoć pojawił się w "Duchu" (?), co potwierdza tezę, że książki Chmielewskiej są niezrównanym sposobem na szczęście instant. No i sprawdziłam, rzecz jasna, tak naprawdę już (stąd) wiem, co to chłechłacz. Woreczek z cukrem, użytkowany dawniej do zapchania płaczącemu dziecku buzi. Ale mógłby to być też wyjątkowo upiorny gumowy karaluch, wszystko jedno. Od słowa o takim brzmieniu się nie wymaga.
Nie płacz, nie płacz, kupię ci chłechłacz. Potrzebuję człowieka, który mi to będzie powtarzał w każdy poniedziałek.

niedziela, 11 grudnia 2011

Chmielewska > Kłosińska

Casus: pantałyk
Dr Katarzynę Kłosińską, sekretarz Rady Języka Polskiego, zapytano o pochodzenie i znaczenie słowa "pantałyk", obecnego w zwrocie "zbić kogoś z pantałyku". 
I pani Kłosińska odpowiada: "[autor pytania] wymaga ode mnie rzeczy niemożliwej." Po czym podaje 4 hipotezy, zaznaczając przy tym, że nic nie jest pewne, a słowo "pantałyk" stanowi wielką zagadkę dla etymologów. Posłuchać można tutaj.
Trochę się zdziwiłam. Zdziwiłam się dlatego, że czytałam kiedyś prosty, przyjemny kryminał Joanny Chmielewskiej pod tytułem "Wielki Diament". A w jego drugim tomie, na stronie 209, można przeczytać:
"- Żebyś pękła! - pożyczyła mi moja siostra z rozdrażnieniem. - Już wymyśliłam, że tam trzeba szukać, gdzie ona mieszkała, a teraz mnie zbiłaś z pantałyku i noga mi się majta pod końskim brzuchem...
Obie doskonale wiedziałyśmy, co to jest pantałyk, miałyśmy z nim do czynienia tysiące razy i koński brzuch wcale mnie nie zdziwił."
Widać Chmielewskiej zapomniano powiedzieć, że to tajemnicza zagadka, której rozwiązania podawać się nie powinno. Ale to piękne. Utwierdza mnie w przekonaniu, że Gurua JEST Guruą.

lokowanie produktu

Oglądam sobie opening Top Model 2 (oczywiście szukając dowodów na to, że program jest ustawiony i już w openingu widać, która dziewczyna wygra...) i uwagę moją przyciąga pomarańczowa ramka na początku.

Audycja zawiera lokowanie produktu.

W pierwszym odruchu śmieję się, że chyba żadne słowo tu nie jest poprawnie użyte. Audycja to jest radiowa, sam źródłosłów (audio, audire) wskazuje na związek ze słuchaniem, zawiera... co zawiera? Śladowe ilości orzechów? Bo takie dokończenie zdania mi się narzuca, "zawierać" odbieram jako "mieć w środku". Nikt chyba nie mówi, że "film zawiera seks", tylko, że pojawiają się w nim sceny seksu. No i lokowanie produktu, czyli polski product placement, to jakaś kalka wyjątkowej brzydoty.
Po czym sprawdzam i okazuje się, że ja nic nie wiem o polszczyźnie. Audycja może być i radiowa, i telewizyjna, zawierać można wszystko, a lokowanie produktu to uznane tłumaczenie (obok plasowania produktu, ponoć bardziej popularnego - chociaż i tak wszyscy mówią product placement).
O wyrażenie opinii poproszono Mirosława Bańkę. Profesor odpowiedział na łamach Poradni Językowej PWN: "Każde słowo w zacytowanym komunikacie jest poprawnie zbudowane, ale cały ów komunikat pozostaje dla mnie niezrozumiały". Według badań dla większości Polaków też jest niezrozumiały, a ci, którzy go rozumieją, definiują lokowanie jako "reklamę produktu", "ukrytą reklamę" albo "formę promocji".
No i właśnie o to chodzi. Niby wszystko zatwierdzone, poprawne, i ja się czepiam jak ostatnia megiera - ale czy naprawdę nie można było napisać inaczej, chociażby "W programie pojawia się [ukryta] reklama produktu"? Temat rozwinę na pewno w innej jeszcze notce, takiej o Orwellu, ale póki co prosty wniosek: jeśli słowa precyzyjnie przekazujące treść istnieją, dobrze jest ich użyć.

---
Badania tutaj;
opening tutaj, acz tekst pojawia się ponoć na początku wszystkich programów wykorzystujących product placement;
a tutaj artykuł o marketingu pana, który najpierw stwierdza, że "Product placement, w przeciwieństwie innych nazw, doskonale tłumaczy się z angielskiego, jest to plasowanie produktu", a potem w całym artykule używa wyłącznie terminu angielskiego.

sobota, 10 grudnia 2011

czas na założenie kolczyków

Czyli minimum czasu dla siebie. Po kolczykach lub ich braku najlepiej można rozpoznać, jaki mam dzień. Brak kolczyków - pogłaszcz, daj kawy, użal się, współczuj. Nie krzycz, nie wymagaj. Brak kolczyków oznacza, że wybiegłam z domu z czołem pełnym zmarszczek od zmartwień, z głową pełną zamętu od drobnych, ale niepomiernie uciążliwych spraw do załatwienia, i że naprawdę niehumanitarnie jest dokładać mi rozrywek.
Ostatnio tak często chodzę bez kolczyków, że dziurki w uszach zaczęły zarastać. Tak, studia.
Z kolei gdy czas na założenie kolczyków mam, to znaczy, że już jest dobrze. Będąc w kolczykach najprawdopodobniej ci pomogę, pocieszę, dam notatki i napoję colą. Mniej pewne jest, że pójdę na kawę (czy choćby odprowadzę cię na przystanek), bo czas na założenie kolczyków to jednak mniej niż czas na poczytanie książki. Ale dość, żeby się ogarnąć i nie robić z siebie chomika.
O robieniu z siebie chomika tutaj (wygląda jak z shapes.pl, ale tam tego nie odnalazłam). A dzisiaj naprawiam uszne dziurki i postanawiam sobie chodzić w kolczykach przynajmniej do przyszłego roku.

wtorek, 6 grudnia 2011

false is the new true

Na ćwiczeniach z angielskiego zdanie: Simon conceded. I pytanie studentki:

- Does it mean something like "protested"?
- Yes, yes, but the opposite meaning.

Właśnie tak, tylko odwrotnie. Ale cóż to za znaczenie ma, że odwrotnie? Yes, yes, dobrze ci dzwoni, a że nie w tym kościele, to już drobiazg. Jeśli zamiast black powie się white, to i tak lepiej, niż pink. Jakimś sposobem biały jest czarniejszy od różowego.
I nawet widzę w tym sens - jeśli prawdę obrócimy o 180º, to wprawdzie jesteśmy na przeciwległym biegunie, ale dalej poruszamy się po tym samym okręgu. W tym wypadku jest to okrąg skali szarości, ale przecież zamiast słów biały i czarny można podstawić pojęcia dowolne, chociażby miłość i nienawiść. Uzyskamy wtedy dwa bieguny okręgu uczuciowego.
Także językowo przeciwieństwa często są ze sobą blisko. Wszystko jedno. Światłocień. Bittersweet. Wszystko okręgi o dwóch biegunach. Język i podświadomość podpowiadają, że człowiek, jako "diabli, czyśćcowy i boski", też da się sprowadzić do okręgu. Na jego obraz składają się sprzeczności, jeden i drugi biegun. Dlatego trudno się nam zdecydować na jedną prawdę kosztem drugiej. Ileż razy odpowiadamy to zależy! Na każde pytanie, jeśli się da. Unikamy powiedzenia, czarne czy białe. Bo trochę czarne, trochę białe. Szare. Boimy się powiedzieć, że czarne i białe, ale to właśnie mamy na myśli.
Może więc nie jest tak absurdalna scena z "Endgame" Becketta, w której Clov przynosi Hammowi czarnego pieska?

(Enter Clov holding by one of his three legs a black toy dog)
CLOV: Your dogs are here.
(He hands the dog to Hamm who feels it, fondles it.)
HAMM: He's white, isn't he?
CLOV: Nearly.

Może Clov ma rację, utożsamiając (prawie!) czarne z białym. Może uznanie tego nearly nie jest obrzydłym konformizmem, może jest słuszne i dobre. W końcu przynosi spokój i akceptację. A cóż jest podstawą szczęścia, jeśli nie spokój i akceptacja?

niedziela, 4 grudnia 2011

dowiedziałam się, jak być szczęśliwą

na wykładzie o językoznawstwie wschodnioazjatyckim. Odpowiedź okazuje się tak prosta, że da się ją zapisać czterema znakami:

晴耕雨読 (seikō udoku)
Przy pogodzie orać, a przy deszczu czytać.

Ucho moje posłyszało, że powyższe jest idiomem, a tłumaczy się jako wieść szczęśliwy żywot. Japończycy to bardzo mądry naród. Na wszystko jest odpowiedni czas, a podczas deszczu jest czas, żeby czytać. Gdyby zasada ta się upowszechniła, może ludzie w krajach, w których często pada, w końcu przestaliby być wiecznie posępni, zgnębieni, udręczeni. Nie byłoby tak, że nawet jeśli leje, muszą biegać po świecie, który moczy im buty i mierzwi włosy. Mogliby czytać, a zaprawdę nie ma większego szczęścia (przynajmniej ze szczęść łatwo dostępnych), jeśli się dobrze dobrało książkę.

ty zarazo obrzydła, ty

Pomysłów na blogi tematyczne mam kilka od dłuższego czasu. Mam w sobie też jednak odrobinę realizmu. Odrobina realizmu wyśmiała mnie głośno i sarknęła: Najpierw to ty poprowadź jakiegokolwiek bloga dłużej niż pół roku!
A zobaczysz, ty zarazo obrzydła.