środa, 26 grudnia 2012

She was a January girl, but she never let on how insane it was.

Życie na powierzchni nie prowadzi do szczęścia. Kiedy nie jesteśmy szczęśliwi, budujemy filozofię i psychologię, która pozwala nam codziennie udowadniać, że jesteśmy bardzo szczęśliwi.*

Udało mi się dziś siebie zaskoczyć nagłym napadem rozpaczy, lęku, beznadziei i bezsensu, intensywnym jak za najgorszych czasów. Więc leżałam sobie cicho, zaciskając oczy, podążając za samodziejącym się w głowie myślotokiem, trochę nim wręcz znudzona - znam to w końcu na wylot, wiem, do jakich wniosków się dochodzi, wiem, że nigdy jednak nie wyskakuję przez okno, tylko po prostu czasami zapominam i muszę to przepracować na nowo. A spośród tego leżenia, zaciskania oczu i znudzenia przebijało zdziwienie, no bo jak to. Jest dobrze. Mam wolne. Mam spokój. Względnie pogodzona jestem z sobą. I tak nagle zonk, cierpię i nienawidzę?

A więc chyba po to, żeby przypomnieć sobie, że jestem człowiekiem a nie mechanizmem egzystującym według harmonogramów. Zabawy z psychologią szczęścia, rozwojem osobistym i manipulowaniem sobą wciągnęły mnie dość skutecznie, no bo przecież to takie praktyczne, fajne, pozwalające sobie ułożyć życie jakoś pozytywniej i jaśniej. Chyba nie można nikogo winić za to, że ma dość taplania się w uczuciowym bajorku smuteczków i bezsiły? No więc ja tak, chciałam, chcę dalej.

Okazuje się jednak, że człowiek jest istotą czującą. Potrzebuje wierszy, wróżb albo magii. I to nie takich, na które przeznacza godzinę w swoim dziennym harmonogramie zajęć, tylko takich, które raz na jakiś czas każą pierdolić harmonogram i pójść za nimi daleko, daleko w siebie, poza świat, poza Warszawę. Okazuje się, że kiedy człowiek jest nieszczęśliwy, to po prostu taki jest. Jeżeli z natury bliżej mu do smutku niż do radości, to musi ten człowiek pozostać tego świadomy! Szczególnie w okresach, gdy mu dobrze, jasno i praktycznie. Szczególnie w okresach, gdy zaczyna sobie więcej planować i zastawia na siebie sidła rozsądku, wydajności i działania. Trzeba mu bowiem wiedzieć, że dobry okres nie jest niczym innym, jak zwiastowaniem poczucie pustki, nudy, krótkiego załamania-haraczu dla ponurej osobowości.

Dlatego może tak przeraźliwie boję się ludzi, których świat motywowania się pozytywnie, rozwijania, działania, optymizmu pochłonął już bez reszty, którzy uwierzyli w niego bezwarunkowo, zatrzaskując z hukiem drzwi do jakichkolwiek innych, bardziej ułomnych (bardziej ludzkich) emocjonalnych stanów.  Dlatego boję się ludzi, którzy w prywatnej sytuacji mówią z przekonaniem zdaniami wziętymi z podręcznika dla akwizytorów i uważają je za własne. Rysa smutku jest dla mnie koniecznym warunkiem uznania kogoś za istotę czującą, w sztucznie generowanym zadowoleniu czucia nie ma. Dlatego też nie wolno mi dopuścić, by dla optymizmu i jasnego życia jak z serialu zrezygnować z człowieczeństwa. 

 *Janusz Wielobób, "Tarot i cztery żywioły, część II: Woda"

poniedziałek, 17 grudnia 2012

jak wypiekać magdalenki?

Ktoś kiedyś pisał, że uczucia chciałby móc zachować w słoiczkach jako zapachy. W chwilach wielkiej potrzeby odkręcałby potem odpowiedni słoiczek, zapach otulałby go, a uczucie wracało.

Chciałabym tak umieć zachować niektóre stany umysłu, na przykład ten, w którym jestem teraz. Słowo "stan" nie oddaje do końca intencji przekazu - chodzi nie tylko o to, co jest teraz, ale i o zawartą w chwili obecnej potencjalność, możliwości, zalążek przyszłych działań. Nastawienie do rzeczywistości, które może czymś zaowocować. Disposition of the mind.

 Chciałabym być tak spokojna, otwarta i zdolna do koncentracji, jak teraz. Nie spieszyć się. Być świadomą, że jest tyle książek, tyle filmów, wierszy, przeżyć, które mogą uczynić codzienność piękną. Że śnieg nie musi wywoływać skrzywienia. Mhm, tak, gimnazjalna radość życia. Dobrze chociaż, że nie spowodowana zakochaniem.

Nie zakochaniem, tylko tak znienacka zanurzeniem się w równoległy świat (na chwilkę, na weekend), w którym mili, mądrzy ludzie w grubych swetrach lub znoszonych marynarkach trudzą się, pisząc powieści i wiersze, których nikt nie chce słuchać (choć przecież są ładne), tłumacząc poetów łotewskich, albo "Ulissesa", bo choć pierwszy przekład był dobry, to gra im w duszy potrzeba stworzenia go na nowo, inaczej, po swojemu. Rozmowy toczą się w zimnych pomieszczeniach nad obowiązkową kawą, roztrząsanie, jak przetłumaczyć jedno-jedyne zdanie z tekstu, trwa pół godziny i bierze w nim udział osiem bardzo zaangażowanych w problem osób. Wieczorem dużo wina. Natłoku obowiązków brak, choć przecież tak dużo się robi. Nawet się trochę żyje.

niedziela, 18 listopada 2012

naprawdę przeczytałeś książkę dopiero, gdy pomazałeś jej marginesy

Ze wstydem przyznaję, że wydałam 10 złotych na poradnik w stylu „jak żyć”. Usprawiedliwienia (choć dla tematu wpisu to kompletnie nieistotne):
  1.     jest napisany przez wykładowcę psychologii pozytywnej na Harvardzie
  2.     miał żółtą okładkę, a moja mania na żółtość nie ustaje
  3.     10 złotych
  4.     prawo mówiące, że „każda zmiana jest dobra” świetnie sprawdza się w przypadku mojej przygody z rozwojem osobistym. Co jakiś czas potrzebuję nowych bodźców, żeby cała sprawa nie przestała mnie kręcić. Liczę na to, że książka wystarczy na parę tygodni. 
           I zdarzyło mi się z tej okazji coś nowego. Z reguły staram się nie pisać po marginesach. Co najwyżej podkreślam niektóre zdania ołówkiem i to możliwie lekko - z szacunku dla książek. Ale tym razem sytuacja była inna – do żółtego poradnika szacunku nie miałam za grosz. Miał stanowić narzędzie do pracy nad sobą.
          No i się zaczęło. Branie fragmentów tekstu w ramki, parafrazowanie, zapisywanie jednozdaniowych refleksji, a potem nawet całych akapitów tekstu na marginesach. Otóż trik w tym, że książka jest wypełniona ćwiczeniami dla czytelnika oraz uwagami „stop – zastanów się, czy przeżyłeś coś podobnego / jakiej rady byś sobie udzielił / co myślisz”. No to pisałam, co przeżyłam, co myślę i jakie mam dla siebie samej rady.

Pierwszy raz od dawna zdarzyło mi się potraktować książkę nie jak dane mi dzieło (w końcu podświadomość podpowiada, że wydrukowane = skończone!), ale szkic, który muszę zaadaptować na swoje potrzeby. Pierwsza wersja, brudnopis, na który trzeba nanieść mnóstwo poprawek, który trzeba wzbogacić o własne przykłady i wnioski. Póki co mam za sobą dwa rozdziały, ale już czuję, że to jedna z najporządniej przeczytanych książek w moim życiu. I dwie myśli mi się w głowie kołaczą.
  1. Dlaczego do tego stopnia krytyczne, osobiste podejście do książki jest dla mnie taką osobliwością, że odczuwam potrzebę pisania o tym?
  2. Jak by takie mazanie po marginesach wyszło na powieściach?
A cały problem zasadza się oczywiście na czołobitnym stosunku do książek. Do słowa pisanego. Do rzeczywistości. Jak się zastanowić, zanik pisania na marginesach stanowi znakomity symbol powszechnego braku krytycyzmu. Patrzę na siebie i przyznaję, że często nie podważam, nie rozważam, przyjmuję na wiarę. Nie z wstydliwości mi się to bierze – po prostu z reguły jest mi zbyt wszystko jedno. A to już bardzo smutne.

(A ładny artykuł o marginaliach był kiedyś tu.)

sobota, 3 listopada 2012

choroba uszlachetnia

Na pewno nie tylko mnie...

Jakże to by było dobrze, gdybym zawsze była taka sympatyczna dla innych, zwłaszcza dla rodziny! Cierpliwa, spokojna.

I taka pracowita, wdzięczna za każdą chwilę, gdy ból głowy ustępuje i nareszcie mogę zrobić coś konstruktywnego.

I żebym zawsze miała tak jasny ogląd na życie. Co jest ważne? Zdrowie i życie samo, dobre relacje z ludźmi wokół. Wdzięczność dla ludzi wokół, po prostu za to, że są. Ważne jest, by postępować dobrze, tak żeby sumienie mieć spokojne. Próbować, działać, nie żałować – przede wszystkim żyć tak, żeby nie mieć pretensji do siebie, gdyby nagle to życie miało się skończyć. I lubić siebie, cóż innego mam w końcu.

Aż szkoda, że ta dobroć i jasność nieodmiennie mi przechodzi.

sobota, 27 października 2012

piękno braku (jap. wabi)

"Miej zawsze w pamięci, że wabi wymaga, by nie uważać niemożności za coś dyskwalifikującego, by nie odczuwać nieposiadania czegoś jako wady, by nie myśleć, że jeśli się czegoś nie ma, to jest to brakiem. Jeśli postrzega się niemożność jako coś dyskwalifikującego, jeśli odczuwa się nieposiadanie jako wadę, albo gdy myśli się, że brak czegoś sprawia, że jest się biednym, nie jest to wtedy wabi, lecz ubóstwo."

- J. Sotaku "Zencharoku" (zapiski o herbacie zen, pocz. XIX w.), cytat za "Estetyka i sztuka japońska" Beata Kubiak Ho-Chi

czwartek, 25 października 2012

pstryk

Dziś rano, przy mglistej pogodzie. Przed niewielki Carrefour express wyszedł facet, zamaszystym gestem podniósł złożone ręce w górę i wypuścił z nich gołębia, który gwałtownie zatrzepotał skrzydłami i odleciał w niebo. Trwało to nie więcej niż kilka sekund.

sobota, 20 października 2012

those precious things, let them wash away

Dobrze byłoby napisać notkę (cykl notek) o minimalizmie, acz nie jestem pewna, czy potrafię to zrobić, bo tak naprawdę mam ochotę tylko zachwycać się i zachwycać. Spróbuję jednak, chronologicznie.

1. organizer

Pierwszym impulsem w kierunku uporządkowania sobie życia, jakoś na początku wakacji, było chyba założenie organizera. Postanowiłam wpisać doń wszystko, nawet cele, których nie realizuję od miesięcy. Właśnie po to, żeby widzieć, które leżą odłogiem i… są do porzucenia. Od zawsze jestem niewolniczką list projektów do zrobienia. „To osiągnę, to, to i to.” Teraz wszystkie te marzenia stały się changed into plans co bezlitośnie obnażyło niemożliwość/nieprawdziwość części z nich. A co najważniejsze, pozwoliło mi się dowiedzieć, czym naprawdę się interesuję, a nie czym wydaje mi się, że się interesuję. Interesować się = przeznaczać na daną czynność czas.

2. porządek

Jakoś równocześnie z organizerem dorosłam do idei utrzymywania swoich rzeczy w porządku. W wieku 20 lat, yay. Nagle wszystkie wytarte zdania o szacunku do rzeczy, wszystkie zalety przejrzystości i poukładania nabrały znaczenia. Posegregowałam przedmioty, zaprowadziłam w nich porządek, a teraz zostało mi właściwie ścieranie co miesiąc kurzu (częściej nie warto). I uważam ten czas za bardzo dobrze wykorzystany z jednego względu – to idealny sposób, żeby w końcu przejrzeć cały swój stan posiadania i odkryć, ile rzeczy się ma. Każdy posiada jakieś zapomniane. A takie odkrycia mogą doprowadzić do punktu trzeciego, czyli esencji minimalizmu w wymiarze materialnym.

3. wyrzucanie

Ania z Zielonego Wzgórza mówiła, że przy pustej przestrzeni wyobraźnia ma większe pole… Nie tylko wyobraźnia, ale cały umysł! Puste biurko przed oczami jest mało zajmujące, prowokuje raczej do zabrania się za jakąś pracę. Zapełnione biurko nie dość, że może niepotrzebnie przyciągnąć uwagę rozrzuconymi po nim przedmiotami, to jeszcze potrafi zniechęcić do robienia czegokolwiek. Bo cokolwiek wymaga wykonania jeszcze dodatkowego zadania przedtem – posprzątania biurka.

Mam okropny zwyczaj zachowywania wszystkiego. Bo się kiedyś przyda, bo szkoda wyrzucać, bo mam wrażenie, że mój stan posiadania w jakiś sposób tworzy moją historię, jest niepisanym dziennikiem. Wszystko stanowi pamiątkę. Dlatego najpierw nie mogłam się zdobyć na wyrzucanie papierów i zaczęłam od rzeczy prostszej – od szafy. Dobrze wybrać na porządki dzień, gdy jest się w bardziej bojowym nastroju, bo to mimo wszystko też ciężki bój… ; ) Nielubiane, zachowywane z rozsądku bluzki i spódnice poleciały na stertę „do oddania”. W rezultacie uzbierałam dwie duże torby ubrań do oddania oraz jedną do sprzedania.

Spojrzałam na efekt swoich działań i odkryłam, że wyrzucanie faktycznie sprawia przyjemność. Jest przecięciem, końcem. Nie będę już się tak ubierać. Nie będę już się uczyć niemieckiego. Nie będę już przeglądała tych notatek. Nie lubię już figurek z porcelany, tak naprawdę są nieznośnie kiczowate. Wyrzucanie to oczyszczanie umysłu z niezrealizowanych planów i porzuconych projektów i stwarzanie miejsca na nowe.

Wytłuściłam główne korzyści, jakie odniosłam z tego całego procesu. Rozpoczęłam go podczas wakacji, kontynuuję – właściwie ciągle. Dwa dni temu znalazłam robiony w podstawówce zielnik. Taki błyskawiczny, zebrałam wtedy może 30 rodzajów roślinek, ale za to przechowuję je od dziewięciu lat (!) w oddzielnym segregatorze. Czy mnie ten zielnik cieszy, rozbraja, przywołuje wspomnienia niezwykłe? Tylko troszeczkę. Wyjęłam większość kartek z koszulek (zyskałam jakieś 20 koszulek…), te kilka, które chciałam zachować, dołączyłam do innych prac z dzieciństwa. Mam pusty segregator, wolne miejsce i – co najdziwniejsze – prawdziwy okruch satysfakcji, zadowolenia. Jedną rzecz mniej na dnie pokoju, na dnie umysłu.

poniedziałek, 15 października 2012

tylko minimalizm może nas uratować

Studia zastały mnie z poukładanym życiem. Rozplanowanym czasem. Rytmem codzienności wyznaczanym przez organizer.
Nie tak powinno się rozpoczynać nowy rok studiów. Dla nich zawczasu należałoby przygotować w życiu wielką wyrwę, którą mogłyby szczelnie wypełnić. U mnie wyrwy zabrakło i na rezultaty nie trzeba było długo czekać. Już drugiego dnia po powrocie do domu musiałam się zdrzemnąć. Trzeciego, czwartego dnia – też. Niby nie tak dużo zadań i zajęć, ale i tak permanentnie czułam się zmęczona, wykończona. Na organizer bałam się nawet spojrzeć. Pod koniec tygodnia rozchorowałam się i cały weekend przespałam w ramach rekonwalescencji. Nieracjonalne wymagania względem samej siebie doprowadziły mnie do pożałowania godnego stanu. Chora, z bolącym żołądkiem, pełna niejasnych niepokojów...
Uległam iluzji, że jeśli wpiszę wszystko do zrobienia na to-do listę, to będzie okej. Absurd. Organizer nie wyczarowuje czasu, jeśli jest przeładowany. 
Zdecydowałam więc - pora wziąć się za minimalizm w najbardziej radykalnym wydaniu. Co tam wyrzucanie przedmiotów! Mi trzeba wyrzucić zobowiązania, piętrzące się cele, narzucane arbitralnie samej sobie. Minimalizm chodził za mną od jakiegoś czasu, kręcił się wokół, ale nagle stał się palącą potrzebą i jedynym lekarstwem właściwie. Czystki są konieczne. W organizerze i powinnościach. Nie więcej niż kilka zadań na dzień! Wszystko, czego nie trzeba teraz uczynić można przerzucić do zamkniętego folderu na później. A w pierwszej kolejności zająć się tym, co świat zewnętrzny tak brutalnie narzuca, podstawy, trzeba wrócić do samych podstaw – bo inaczej rozpadnę się na maleńkie kawałeczki z tych wszystkich niepokojów, trosk i zagubienia.

Jak uznałam, tak zrobiłam. Miałam już chyba ze 30 opóźnionych zadań. Zostałam z dziesięcioma. Ważnych projektów zostało mi na liście 5. Oprócz tego kilka takich codziennych (dziennik, dbanie o siebie, niezbędne zakupy…), kilka mało absorbujących i zaznaczonych na zielono, bo same się wykonują właściwie (cotygodniowe zajęcia kaligrafii, postcrossing, spotkania…).

Tę czystkę przeprowadziłam niecały tydzień temu. Nie powiem, żeby nie bolało. Nie miałam serca zrezygnować z celów, więc po prostu przeniosłam je na bliżej nieokreślone później, kiedy ogarnę wszystko to, co trzeba. Podstawy. Czyli w mojej wersji: uzupełnienie dziennika praktyk nauczycielskich, najważniejsze sprawy na japonistyce, podanie o stypendium, przygotowania do egzaminu językowego, dawanie korepetycji, zadbanie o zdrowie, blog.

Nie ma słów, żeby opisać ulgę, jaką mi te czystki sprawiły.

sobota, 29 września 2012

Chowanie człowieka między ludźmi bez kontaktu z naturą doprowadza go do wynaturzeń

Małe, tymczasowe warszawskie miejsce-schronienie.

Najpierw uderza intensywny zapach roślin. Na środku białej salki stoi mini-szklarnia, a w środku doniczki z malinami, poziomkami, koperkiem, drzewkami szczęścia, bazylią, malwami, cebulą, małymi pomidorkami, na pewno czymś jeszcze. Konewka jest, jakaś łopatka do ziemi także. Można wybrać roślinę, którą chciałoby się zaopiekować na dłużej, oznaczyć ją zieloną naklejką i odwiedzać częściej. A za miesiąc zabrać do domu.

A potem pachnie już tym, czego sobie zażyczysz. I brzmi. Porannym deszczem? Jesienią? Szuwarami? Ogrodem kwiatowym, łąką upalną?... Czym tylko chcesz. Zabierasz wybrane słoiczki z zapachami, muzykę, po czym schodzisz krętymi schodami do białego pomieszczenia z wygodnymi, naturalnymi siedziskami z płótna, zapadasz się w jedno z nich i wracasz.
Wróciłam na wieś. Na działkę. Z zamkniętymi oczami słuchałam, jak zbiera się na deszcz. Zrywa się charakterystyczny wiatr, pies szczeka, słychać, jak pierwsze krople rozbijają się o liście drzew. (Otwieram słoiczek.) Zmienia się zapach powietrza. Panuje jakiś nieokreślony niepokój, nastrój oczekiwania. I nagle szmerek w koronach drzew potężnieje w głośny, jednostajny szum – hałas właściwie – regularnego deszczu. Szum trwa, trwa, nieustępliwy, a gdy w końcu ustaje, nieco się uspokaja, przejaśnia (choć cały czas oczy mam zamknięte), wiem, że jest rześko, a przyroda przechodzi leniwie w kolejną fazę.

Natura w wersji demo? Raczej natura wysublimowana, sprowadzona do esencji dźwięku i zapachu, zuniwersalizowana. Ja wspomniałam działkę, ale każdemu słuchaczowi te dźwięki przypomną o innych deszczach, innych działkach, wsiach, domach rodzinnych. O burzy ostatniego lata albo o tej z czasów dzieciństwa. Jeśli w białym pomieszczeniu na dole równocześnie przebywają trzy osoby (choć na wystawie jest raczej pusto), to każda z nich tak naprawdę znajduje się gdzie indziej, równocześnie wspominając i przeżywając na nowo. Kiedy wrócą na powierzchnię, będą troszeczkę inne. Bo przecież na wsi stajemy się troszeczkę innymi ludźmi: inaczej się oddycha, żyje, myśli. Dzięki sztuce i tej wystawie przypomniałam sobie o tej „mnie” z działki, ze wsi. Tej mnie chodzącej na długie spacery wzdłuż rzeki, obserwującej łabędzie z małymi, spisującej na karteczkach pomysły na opowiadania i teksty, spokojnej, bardziej zrównoważonej, szczęśliwszej. Wyszłam na ulicę Nowy Świat i dalej byłam tamtą mną. Chociaż przez chwilę.

W obronie takiej sztuki stoję całą duszą.

adres i informacje

czwartek, 27 września 2012

there's no detox for the wall (of stupidity)

Mało jest sytuacji bardziej rozjebujących mózg niż próba rozmowy z człowiekiem, który nie kontaktuje. Bo nie, bo trybiki w mózgu zardzewiały. Ostatnio mi się zdarzyło przechodzić przez to z [K]oleżanką ze studiów.

K: Ej, to jak to jest z tymi dokumentami, kto ma je podpisać i gdzie je mamy zanieść?
ja: <wyjaśnia> ...a w ogóle to wszystkie te informacje są w Internecie, pod tym adresem.
K: Aha, aha…

~pięć godzin później~
K: Ej, to jak to jest z tymi dokumentami, kto ma je podpisać i gdzie je mamy zanieść?
ja: <wyjaśnia> ..a w ogóle to wszystkie te informacje są w Internecie, pod tym adresem.
K: Aha, aha… <zapisuje na jakimś świstku>

~dwa dni później~
K: Ej, ja wiem, że cię już pytałam, ale to jak to jest z tymi dokumentami, kto ma je podpisać i gdzie je mamy zanieść?
ja: <wyjaśnia>
K: Aha, aha…

Przy trzecim razie oczywiście buzuje już we mnie cicha furia, bo nie znoszę po sobie samej powtarzać, i w rezultacie wychodzę na nieużytą zołzę, która rozmawia tonem świszcząco-koszmarnym, ale nie to jest najgorsze.
Świat się wtedy odrealnia, i to jest najgorsze. Co się dzieje właściwie, dlaczego mówię słowa, ona słyszy słowa, ale te słowa nie docierają na żadnym innym poziomie poza dźwiękowym? To nie jest hejt ani ironia, tylko szczere oszołomienie.
Więc zaczynam się doszukiwać przyczyn: Czy nieświadomie zaczęłam się jąkać? Intensywnie seplenić? Czy moje tłumaczenie ma sens?
Więc zaczynam myśleć życzeniowo. Czy nie mogę potrząsnąć tą dziewczyną? A najlepiej otworzyć jej mózg i własnoręcznie poprzestawiać odpowiednie trybiki?
Więc zaczynam być nieprzyjemna, chociaż wcale nie chcę, bo chcę być miła dla ludzi, uśmiechać się do nich i nastrajać pozytywnie do świata.

Żyję w szklanej kuli iluzji, że świat ma sens. Taki kartezjański sens: że istnieją jakieś oczywistości. Np. jeśli jest nadawca, jasny komunikat i odbiorca, to dojdzie do przekazu informacji. W obliczu czystej głupoty takie zasady wylatują przez okno, a razem z nimi moja szklana kula. Na placu boju pozostaje wyłącznie strzępek człowieka, desperacko próbujący wytłumaczyć i sprawić jakoś, żeby wszystko wróciło na swoje miejsce (zwłaszcza szklana kula). Dosadna, nieprzejednana głupota jest stanowczo poza moją comfort zone. Ja się jej boję, przyglądam nieufnie i zdarza mi się powątpiewać, czy ludzie nią dotknięci to jeszcze homo, skoro tak bardzo nie sapiens.

wtorek, 4 września 2012

seulement pour les initiés

Na ogół traktuje się język jako część kultury - tak uczą na studiach i tak podpowiada rozsądek, Ta światła zasada nigdy nie pasowała mi jednak do francuskiego. Ten język zawsze był dla mnie wprawdzie wrotami do innego, mistycznego świata, ale świata bynajmniej nie tożsamego z Francją.

Nie miałam z nim do czynienia nigdy z wyjątkiem jednej godziny w tygodniu, kiedy nauczycielka zaczynała do mnie mówić. Drugą okazją do kontaktu z językiem były chwile, kiedy zaczynała w tym języku mówić... książkowa postać.
Wychowałam się na "Małej księżniczce". Gdy główna bohaterka, siedmioletnia Sara, zaczyna opowiadać swoją sytuację po francusku, nauczyciel języka stwierdza, że ona po prostu  j e s t  Francuzką. Tworzy się między nimi więź, w której nie są już nauczycielem i dziewczynką, ale stoją na równym poziomie wtajemniczonych.
Kolejną ważną książką, przy której niezmiennie płaczę, była "Madame". A tam każdy francuski dialog brzmi jak zaklęcie. Libera z pewnością to widzi, inaczej tylu by ich nie podał w oryginale. Zresztą język pozwala bohaterowi przeniknąć w świat damy swojego serca.
Z moich własnych doświadczeń - gdy nauczycielka wymagała, żeby mówić w klasie po angielsku, wszyscy wiedzieli, że dyktują to względy praktyczne, pedagogiczne. W klasie francuskiego wciąż miałam wrażenie, że mówi się po francusku z szacunku dla tego języka. Zresztą pewne względy praktyczne też istnieją... Prosząc po francusku, masz większe szanse na uzyskanie, czego chcesz - bo nauczycielka zaczyna patrzeć na ciebie inaczej. Mówiąc po francusku masz większe szanse, że inni wysłuchają cię i się z tobą zgodzą. Mówiąc z pięknym akcentem, budzisz zachwyt.

Nigdy specjalnie nie fascynowała mnie francuska kultura, za to w magiczny niemal sposób przyciągał mnie sam język. Ten język, w którym każda wypowiedź brzmi jak małe, skończone dzieło. Który do wysokiej rangi podnosi najbanalniejszą konwersację. Który jest trudny, tak bardzo trudny - bo taki musi być język, który na tyle pozwala tym, którzy nim władają.

sobota, 25 sierpnia 2012

słóweczka

"Którędy? Każdędy." Idealny tytuł na dziwaczną książkę. Moje ukochane słowo ostatnio. 
Strupieszały. I zaskoczenie, gdy okazuje się, że ten twór występuje w słowniku.
"My w Polsce wszystko tak seriożnie."
"Tort był tak raczej pod hasłem "moja pierwsza lekcja gotowania", tak trochę na jeża..."
(hermetycznie, trzeba mieć minimum pojęcia o japońskim) Katakana no hito. Czyli Europejczyk, rzecz jasna : )

a ja tylko słucham, czasem notuję, a mój podziw dla ludzkiej spontanicznej pomysłowości wzrasta z każdą chwilą.

i jeszcze hacjenda.

sobota, 26 maja 2012

still unrelated

Mam zapisanych mnóstwo tematów na wpisy nadające się na tego bloga, ale wszystko jedno. Jakoś nie mogę się przemóc.*

Chyba muszę być strasznie nieszczęśliwa, że postanawiam się uzewnętrznić w takim miejscu. Ale nie przyznam, że jestem nieszczęśliwa, bo akurat mam dobry wieczór. Uczę się do egzaminu: czytam autobiografię Franklina i śmieję się, że robił równie absurdalne plany i tabele co ja. O zgrozo, śmieję się też z jego żartów. Czytam fragmenty wspomnień porwanej przez Indian Mary Rowlandson, zachwycam jej zwrotami i żywością opisu (oh, the roaring and singing and dancing and yelling of those black creatures in the night, which made the place a lively resemblance of hell), aż zaczynam się zastanawiać, czy nie znaleźć całego tekstu. Podoba mi się to wszystko, intensywnie, żywo.
Tylko mała, krnąbna cząsteczka mnie siedzi ze zmarszczonymi brwiami na parapecie, zaraz naprzeciwko biurka, i kręci głową z niesmakiem. Całe to zainteresowanie wydaje jej się fałszywe. Kpiący uśmiech cząsteczki mówi, że to tylko udana próba oszukania siebie, że świat zewnętrzny nie istnieje, że inni ludzie nie robią rzeczy ciekawszych.
Bo jeśli się zapomni, że tuż obok ludzie robią rzeczy ciekawsze i bardziej imponujące, każde zajęcie nabiera atrakcyjności. Nawet czytanie autobiografii Franklina jest interesujące, jeśli z tyłu głowy (albo na parapecie) nie czai się chochlik mówiący, że inni właśnie rozpoczynają podróż dookoła świata,  zdobywają pracę, zakładają zespół.
I dobrze, niech ten stan zostanie, chociaż na dzień czy dwa. Lubię nieświadomość. Lubię nie-porównywanie się z nikim, a tak trudno mi to przychodzi. Więc chwilowo niechże będę tylko ja, spokojnie przetracająca czas bez świadomości, że inni spędzają go jakoś lepiej.
Wyparcie ze świadomości świata. Wyparcie ze świadomości upływu czasu i konieczności wykorzystania go. Chyba mam nową (kolejną?) definicję szczęścia.

margines:
*O. Nie mogę się przemóc. Bo mocy mi brak. Więc pomocy. Mój mózg ostatnio ciągle mnie katuje takimi zestawami.

czwartek, 24 maja 2012

on a completely unrelated topic

Jestem złym, złym człowiekiem. Nic mnie nie motywuje do pracy jak czyjeś narzekania, że za trudne. Nic lepiej nie sprawia, że jestem pełna energii, niż czyjeś lenistwo. Ale pokaż mi szczęśliwą, zadowoloną z życia jednostkę, której jeszcze w dodatku coś się udało - i napad depresji murowany.

niedziela, 20 maja 2012

nie mów do mnie na żaden temat

Coraz bardziej tak się czuję. Nie mów do mnie o wakacjach. Nie mów o życiu, nie mów o studiach, o pracy, o przyszłości i o miłości też nie.
Według którejś teorii myślimy zdaniami - tak jak mówimy. A ja w zdaniach na powyższe tematy (och, chwila, na wszystkie tematy) utykam po podmiocie.
Język jest koszmarnie zobowiązujący z tą swoją zdaniowością.

I dlatego właśnie "Lesio", ot co. 

- W przyszły czwartek wylatujemy ze spółdzielni mieszkaniowej - powiedział Karolek w rzewnej zadumie. - Janusz, co ty na to? 
- Nie mów do mnie na ten temat! - wrzasnął Janusz. 
- Sprzedaję powiększalnik - powiedział boleśnie Włodek, wchodząc do pokoju architektów. - Może kto z was kupi? Za pół ceny... 
- Idiota - odparła łagodnie Barbara w imieniu wszystkich. 
- Którą ratę ostatnio zapłaciłeś? - zaciekawił się Lesio, spoglądając na Włodka. Włodek zzieleniał. 
- Nie mów do mnie na ten temat! - krzyknął nerwowo i wybiegł z pokoju. 
- Lada dzień nie będziemy mogli mówić do siebie na żaden temat - westchnął smutnie Karolek. 
- To nie mówmy! - warknęła Barbara. - Jak nie będziemy głupio gadać, to może będziemy... 
- ...głupio myśleć - podpowiedział Lesio, melancholijnym spojrzeniem zapatrzony w dal.

sobota, 19 maja 2012

puzzle uliczne

mężczyzna do mężczyzny: No wezmę ją i co? Przelecę ją i co?

następnego dnia, całkiem gdzie indziej, kobieta do kobiety:
I tak mu powiedziałam! Dla mnie jest bardziej atrakcyjne spotkać się z Anką, niż siedzieć z tobą i robić to samo cały czas!

Seks to przeżytek, w nowym pokoleniu budzi już tylko niechęć i zdegustowanie.
Związki właściwie też.

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

kiedyś znów świat będzie mówić jednym językiem

Notorycznie mówię miłym, zabawnym osobom "zrobiłaś mi dzień". Polski internet przygarnął słowo "epicki" jako kolejny synonim do "fajny", podejmuje też dramatyczne w skutkach próby tłumaczenia podpisów pod obrazkami - ostatnio widziałam mniej więcej taki: "depresyjny króliczek zrobi ci coś-tam-coś, będąc niezmiernie uroczym." Język nam się ślicznie rozwija, po pierwsze - przez żarty, po drugie - przez zapożyczenia. Idiomów, słów, składni.

W chwilach rozmarzenia myślę sobie, że na dłuższą metę mogłoby to doprowadzić ludzkość do stanu sprzed wieży Babel, bo coraz bardziej transparentne te nasze języki. Tylko czasem tematy leksemów zostają, ale to też nie zawsze, bo coraz częściej zamiast "przezroczyste" mówimy "transparentne". Zdecydowanie: niby dbamy o to nasze narodowe dobro komunikacyjne, ale z drugiej strony, powolutku dryfujemy w kierunku Ursprache, pierwotnego języka. Albo raczej: Endsprache. Niestety dzieje się to głównie w kierunku 'angielski -> języki świata', ale przecież nie tylko. Angielski też już teraz jest amalgamatem słówek z przeróżnych języków. A w Gossip Girl nowojorczycy jedzą pierogis.

Z jednej strony wzdragam się na myśl, że cały świat mógłby mówić jednym językiem. Chyba każdy związany z filologią człowiek by się wzdrygnął, w końcu jego profesja w dużej mierze przestałaby istnieć. Z drugiej strony - w Biblii jasno było powiedziane. Wtedy ludzie byli potężniejsi! ; )


wtorek, 24 kwietnia 2012

uwielbiam Michała Rusinka

A jakże by inaczej. Uwielbiam człowieka, który prywatną idiosynkrazją niechcący (?) rozpętał burzę na całą Polskę. Bardzo słusznie! Bo to nie jest idiosynkrazja jednego człowieka, o czym społeczeństwo najwyraźniej nie wiedziało.

Na jednych z pierwszych zajęć na studiach wysłuchałam całej mowy, w której wykładowca przekonywał dokładnie do tego, co teraz głosi Rusinek. Że "witać" to można gościa na swoim terenie, i to poufale, a teren uniwersytecki ani do studentów nie należy, ani nie sprzyja nadmiernemu spoufalaniu się. Mowa swój wpływ wywarła, od tej pory w mailach do wykładowców "witam" unikam jak ognia. Po części dlatego, że zgadzam się z argumentami przeciw (i sama zaczęłam się na "witam" krzywić), po części, ponieważ wiem już, że istnieje grupa osób, które ten zwrot razi.

Skoro ich razi, a mnie jest wszystko jedno, to czemu mam im robić w poprzek w korespondencji, która ma być uprzejma, układna i pełna szacunku?

Gdy "Szanowny Panie" brzmi za poważnie, piszę zwyczajne "Dzień dobry", na nic lepszego wpaść mi się dotąd nie udało.

Przecież nikomu nie odbierzemy prawa do prywatnych idiosynkrazji (zwłaszcza, jeśli te idiosynkrazje dzieli dość pokaźna grupa). Czepianie się człowieka za to, że chce zapobiec nadużywaniu danego zwrotu, jest dla mnie przygnębiające, ale niech tam! Nawet gdybym czytała jego wypowiedzi ze zgrozą i obrzydzeniem, musiałabym przyznać, że wartość mają. Edukacyjną. Od tej pory, jeśli ktoś to cholerne "witam" wpisze w pierwszą linijkę, to już z pełną świadomością. Czemu społeczeństwo tak zawzięcie protestuje przeciwko byciu edukowanym, na co się ewentualnie naraża, pisząc tak, a nie inaczej?

tekst, o który chodzi


sobota, 11 lutego 2012

słowa słownikowe

Słownikowe, do słownika należące - li i jedynie. Po polsku nie ma ich chyba wiele, ilu haseł w "Słowniku języka polskiego" nie będę znała? Jednego, dwóch procent? Oczywiście, są terminy specjalistyczne (roślinki, choroby, chemikalia...) ale to się nie liczy.
W angielskim słowa słownikowe są, i nie mam pojęcia, skąd się tam biorą, może Joyce użył ich w "Ulissesie" i wprawdzie potem ani przedtem nikt, ale głupio, żeby słów z "Ulissesa" nie było w słownikach, no więc włączono.
No bo nie wierzę....
adumbrate? Pierwsze cztery strony wyników wyszukiwania to linki do słowników.
desultory? właściwie to samo, plus nazwa zespołu.
be in Queer Street? Teraz używanie tego idiomu jest już niebezpieczne, jak sugeruje ten link. Skazany na stanie się słownikowym.
przykładów jest miliard, chętnych zapraszam na freerice.com (English Vocabulary, poziomy od 30 w górę).

Nie odkrywam Ameryki, zachwycając się bogactwem angielskiego słownictwa.
Tylko ta wizja słowników pełnych słownikowych słów, zadomowionych tam i nie mogących się wydostać do świata, nie może wyjść mi z głowy.

niedziela, 5 lutego 2012

typografia, poligrafia

Zastanawiam się, czy istnieją dokładne badania na temat relacji między typem wydruku tekstu a wrażeniami z lektury. Bo wiadomo, czuć aż boleśnie, że parę prostych zdań wydrukowanych na kredowym papierze wygląda od razu poważniej i mądrzej. Ale czy ktoś zbadał porządnie, jakie połączenia najlepiej się sprawdzają? Co dla jakiego typu tekstów jest wyjściem optymalnym? Czy tekst naukowy powinien być drukowany małą czcionką, czy większą? Okrągłe czy ściśnięte literki? Jaka jest różnica w odbiorze Biblii kieszonkowej i ogromnej, w twardej, złotej oprawie? Skąd biorą się książki, w których marginesy są o marne 2 cm węższe niż pole tekstu? Właśnie taką czytam i nie rozumiem. A przeczucie mówi mi, że naprawdę, nie docenia się ważności poligrafii. Uwagę zapisuję jako note to self, że warto by się jej przyjrzeć dokładniej.

środa, 4 stycznia 2012

przejdzie

Moja ulubiona rada na wszystkie ludzkie bolączki (bo to prawda - wszystko przejdzie!), a dopiero teraz uświadomiłam sobie, jak jest sformułowana.
Przejdzie. Przejdzie i sobie pójdzie. Ale jak będzie przechodzić, to stratuje wszystko, po czym będzie szło. Nie bez powodu mówi się, że tornado przejdzie. Burza przejdzie, deszcz przejdzie, kryzys przejdzie - same złe rzeczy. A jak będą przechodzić, to podepcą. Zniszczą. Rozgniotą.
Sesja też przejdzie.